Łatwiej dla nich wszystkich byłoby, gdyby reakcja Danielle była bardziej emocjonalna. Mogłaby krzyczeć, przeklinać wszystkich śmierciożerców, którzy tego dnia zaatakowali polanę, odgrażać się, że wyrżnie ich wszystkich, co do jednego, że wypowiada im wojnę, bo ogień należy zwalczać ogniem, a nic innego do nich nie trafia. Ostatecznie rozpłakałaby się z bezsilności i płakałaby rzewnymi łzami, przytulona do kuzynek, które najpewniej również wylałyby wiele łez.
Nic takiego się jednak nie wydarzyło, a ona zdawała się wypierać to, co się wydarzyło i całkowicie odrzucać od siebie informację, że jej ojciec mógł zostać zamordowany. To prawda, ludzie różnie reagowali na takie wieści, a psychika ludzka to pełna tajemnic zagadka. Umysł młodej Longbottom uznał, że najbezpieczniejszym będzie wyprzeć bolesne dla niej informacje i rozciągnąć w czasie bolesne nieuniknione. Los bywał okrutny, ale nie tak bardzo, by odebrać jej zarówno matkę jak i ojca. W jej oczach zdało się dostrzec iskierkę nadziei, gdy wspomniały o partnerze ojca z tego dnia.
- Wiecie, jak się nazywa, prawda? Namierzenie go nie powinno być zbyt trudne... - zapytała, spoglądając to na jedną, to na drugą kuzynkę. Musiały go zlokalizować i z nim porozmawiać, skoro wyglądało na to, że był ostatnią osobą, która widziała jej ojca żywego. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. Uciekł? Jak tchórz? Zostawiając swojego partnera? Szybko potrząsnęła głową. Nie mógł uciec. - Aurorzy nie uciekają z posterunku - tak przynajmniej twierdzi tata. Reszta zdania ugrzęzła jej w gardle.
Dziadek. Identyfikacja. Każde słowo uderzało w nią i dopiero teraz bardzo powoli i stopniowo docierał do niej sens tego, co chciały jej przekazać. Limbo.
Popatrzyła nieprzytomnym wzorkiem na Mavelle i choć jej część chciała powiedzieć, że może to jakaś okropna sztuczka Voldemorta, którą chciał zasiać ziarno niepewności i strachu w ich rodzinie, a oni nie powinni dać się na to złapać, tak druga część kazała jej milczeć.
- Limbo... - powtórzyła głucho, odwracając wzrok i kierując go w bliżej nieokreślony obiekt na ścianie. - To chyba... to chyba zmienia postać rzeczy. Tak mi się wydaje - dodała matowym, pozbawionym głębszych emocji głosem. Cofnęła się dwa kroki, a jej dłoń wysunęła się z dłoni kuzynki. - Ja... muszę stąd wyjść. Przepraszam na moment... - odezwała się i nim te zdążyły zareagować, ruszyła w stronę drzwi przyspieszonym krokiem.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final