20.07.2023, 14:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2023, 17:28 przez Victoria Lestrange.)
Dlaczego miałaby go traktować jak kryminalistę? Na stan jej wiedzy to nic takiego nie zrobił. Owszem, prowadził bardzo niestandardowy tryb życia, był zbuntowany i potrafił dać komuś w nos (i robił to chętniej niż jakieś tam czary-mary), ale to jeszcze nie znaczyło, że był społecznym degeneratem, którego należało poniżać. Lubiła go – naprawdę dał się lubić, chociaż początki znajomości mieli naprawdę trudne. I im dalej w las tym było więcej drzew, ale czemu miałaby go źle traktować to nie rozumiała. Wystarczyło już, że rodzina go zajebiście źle traktowała. Nazwisko zobowiązywało – podobno. I choć Sauriel był Rookwoodem, dumnym przedstawicielem tego rodu, to był też taką czarną owcą rodziny. A nie ubrany w garniak, bez ulizanych włosów, naprawdę wydawał się być zupełnie inna osobą. Tak jak Brenna teraz w tych drogich fatałaszkach. Pewnie by się zdziwiła słysząc, że Sauriel to właściwie całkiem lubi mugoli, choć może naprowadziło ją na to pytanie jakie zadała mężczyźnie – retoryczne co prawda, ale taki typowy od linijki Rookwood jak jeden ze starszych kolegów po fachu pewnie by się skrzywił, splunął i obraził za takie insynuacje.
- Ach tak – nawet się zdziwiła, że zaczął się od razu tłumaczyć i nadal zdziwiona spojrzała na Brennę, oskarżoną o naruszenie nietykalności cielesnej. Rzecz jasna Viki nie wzięła tego na poważnie, bo nie miała Longbottomówny za kogoś, kto interweniował bez potrzeby, a jakoś łatwo było sobie ułożyć cały ciąg razem z "napastowanym mężczyzną", o którym Lestrange nic nie wiedziała, bo się nie zapytała. - Rozumiem, że ty zacząłeś – to nawet nie było pytanie. Po co miała pytać, skoro nadal pamiętała, jak popchnął ją na ścianę – zły, nie rozumiejący co się dzieje i zmartwiony. Był impulsywny. Robił dużo głupot, zamiast usiąść i przekalkulować rzeczy na chłodno. To i z równania łatwo wychodziło… no to. A teraz był tutaj. Że skutymi nadgarstkami. Trochę jej było szkoda, chociaż wiedziała doskonale, że sobie zapracował. Ale szkoda jej było, że w ogóle to robił. Trochę była też zła, że sam się prosi i przy okazji ona się o niego martwi – a i bez głupiego niewiadomoczego by się martwiła, tylko teraz dokładnie wiedziała, kiedy może dziać się coś złego.
- Masz zadziwiający talent do spadania – przyznała, słuchając gadania Brenny. Nawet nie wyczuła w niej zdenerwowania, chociaż gdzieś podskórnie Victoria miała poczucie, że jest chyba trochę niezręcznie. Ale to chyba tylko ona to tak odczuwała, postawiona w naprawdę… naprawdę kuriozalnym położeniu. Ostatnio myślała, że Brenna miała talent do spadania w dziury, ale może miała wtedy po prostu zły dzień. Teraz jednak kiedy się nad tym zastanowiła, to widziała, że to jednak grubszy problem ciągnący się jeszcze od Hogwartu. I do jednego upadku Brenny sama przyłożyła dłonie. Jeśli zaś chodzi o Sauriela… no to przy ostatniej rozmowie o Chesterze jakoś nie pomyślała, żeby się pochwalić że to z tą rodziną ma zostać związana, a dokładniej z jego bratankiem – i miała poczucie że cholera, jakoś tak dziwnie. Ale tak po prawdzie to nie uważała, że skoro gdzieś tam kiedyś ma nosić ich nazwisko, to musi ich wielbić i myśleć same dobre rzeczy o każdym. Nie. O chyba większości miała niezbyt pochlebne zdanie.
I tak jak cele otworzyła, tak i zamknęła ten cudowny i chwilowy apartament. A potem zmarszczyła brwi.
- Znowu? Jak to znowu? – naprawdę, Brenna miała przedziwny talent. Ale zdaje się o Sauriela nie musiała się martwić, nie był ledwie stworzonym wampirem i Victoria już po prostu wiedziała, że naprawdę potrafił się kontrolować. I jakoś wątpiła, że wyszedłby do ludzi głodny. - Brenn. Idź do medyka, ogarnę to. Ja i tak tu sobie jeszcze posiedzę, a ileż można się gapić w te papiery – i uderzyła rulonem papieru o swoją dłoń, kiedy klucz do celi na nowo wylądował w kieszeni jej marynarki. - A ty i tak jesteś już dawno po pracy - następnie swój wzrok skierowała na Sauriela. - A tobie chyba dobrze zrobi posiedzenie sobie tutaj. Przynajmniej będę wiedzieć gdzie jesteś – i przynajmniej będzie miała chwilę spokoju. Tylko szkoda, że później on będzie niespokojny przez swojego starego.
- Ach tak – nawet się zdziwiła, że zaczął się od razu tłumaczyć i nadal zdziwiona spojrzała na Brennę, oskarżoną o naruszenie nietykalności cielesnej. Rzecz jasna Viki nie wzięła tego na poważnie, bo nie miała Longbottomówny za kogoś, kto interweniował bez potrzeby, a jakoś łatwo było sobie ułożyć cały ciąg razem z "napastowanym mężczyzną", o którym Lestrange nic nie wiedziała, bo się nie zapytała. - Rozumiem, że ty zacząłeś – to nawet nie było pytanie. Po co miała pytać, skoro nadal pamiętała, jak popchnął ją na ścianę – zły, nie rozumiejący co się dzieje i zmartwiony. Był impulsywny. Robił dużo głupot, zamiast usiąść i przekalkulować rzeczy na chłodno. To i z równania łatwo wychodziło… no to. A teraz był tutaj. Że skutymi nadgarstkami. Trochę jej było szkoda, chociaż wiedziała doskonale, że sobie zapracował. Ale szkoda jej było, że w ogóle to robił. Trochę była też zła, że sam się prosi i przy okazji ona się o niego martwi – a i bez głupiego niewiadomoczego by się martwiła, tylko teraz dokładnie wiedziała, kiedy może dziać się coś złego.
- Masz zadziwiający talent do spadania – przyznała, słuchając gadania Brenny. Nawet nie wyczuła w niej zdenerwowania, chociaż gdzieś podskórnie Victoria miała poczucie, że jest chyba trochę niezręcznie. Ale to chyba tylko ona to tak odczuwała, postawiona w naprawdę… naprawdę kuriozalnym położeniu. Ostatnio myślała, że Brenna miała talent do spadania w dziury, ale może miała wtedy po prostu zły dzień. Teraz jednak kiedy się nad tym zastanowiła, to widziała, że to jednak grubszy problem ciągnący się jeszcze od Hogwartu. I do jednego upadku Brenny sama przyłożyła dłonie. Jeśli zaś chodzi o Sauriela… no to przy ostatniej rozmowie o Chesterze jakoś nie pomyślała, żeby się pochwalić że to z tą rodziną ma zostać związana, a dokładniej z jego bratankiem – i miała poczucie że cholera, jakoś tak dziwnie. Ale tak po prawdzie to nie uważała, że skoro gdzieś tam kiedyś ma nosić ich nazwisko, to musi ich wielbić i myśleć same dobre rzeczy o każdym. Nie. O chyba większości miała niezbyt pochlebne zdanie.
I tak jak cele otworzyła, tak i zamknęła ten cudowny i chwilowy apartament. A potem zmarszczyła brwi.
- Znowu? Jak to znowu? – naprawdę, Brenna miała przedziwny talent. Ale zdaje się o Sauriela nie musiała się martwić, nie był ledwie stworzonym wampirem i Victoria już po prostu wiedziała, że naprawdę potrafił się kontrolować. I jakoś wątpiła, że wyszedłby do ludzi głodny. - Brenn. Idź do medyka, ogarnę to. Ja i tak tu sobie jeszcze posiedzę, a ileż można się gapić w te papiery – i uderzyła rulonem papieru o swoją dłoń, kiedy klucz do celi na nowo wylądował w kieszeni jej marynarki. - A ty i tak jesteś już dawno po pracy - następnie swój wzrok skierowała na Sauriela. - A tobie chyba dobrze zrobi posiedzenie sobie tutaj. Przynajmniej będę wiedzieć gdzie jesteś – i przynajmniej będzie miała chwilę spokoju. Tylko szkoda, że później on będzie niespokojny przez swojego starego.