20.07.2023, 23:00 ✶
Chciałaby pomóc Victorii. Bo musiało być źle: bardzo źle, skoro ta zwykle tak zrównoważona Lestrange wydawała się nie tylko zbita z tropu, ale zupełnie zagubiona. Nie wiedziała jednak jak. Nie miała dla niej zbyt wielu odpowiedzi, a nawet nie wszystkich, którymi dysponowała, mogła i chciała udzielić. Pewnie wspomniałaby o Mavelle jeszcze wczoraj… ale teraz Rookwood stworzył nową rysę. O własnym widmowidzeniu z kolei nie rozmawiała. Nie było ogromną tajemnicą, bo używała go w pracy, więc szefostwo (podobnie jak rodzina) wiedziało, ale zarazem – pilnowała, by nie używać tego talentu przy osobach, których nie znała bądź nie ufała, i udawała mniej kompetentną widmowidzkę niż faktycznie była.
Mogła sobie jednak wyobrazić, jak czuje się Victoria. Myślała o dniu sprzed paru tygodni, gdy czołgała się wąską, napierającą na nią alejką na Pokątnej, gdy w umyśle, zaćmionym kadzidłem, które ktoś gdzieś rozpalił, mieszały się przeszłość i teraźniejszość. Obrazy nakładały się na siebie, a ona nie była pewna, gdzie jest.
Kiedy jest.
A Victoria musiała być jeszcze bardziej zagubiona, bo to było coś… jeszcze innego. Czy ktokolwiek kiedykolwiek się z czymś takim spotkał?
- W takim razie masz już jakąś podpowiedź. To wspomnienie kogoś, kto był tutaj bardzo dawno temu – powiedziała, wciąż starając się mówić spokojnie, bo przynajmniej jedna z nich nie mogła poddać się emocjom. A z racji na to, że to w głowie Victorii mieszało limbo i wspomnienia stamtąd, padało na Brennę. – Nic… co stało się tam, nie jest podpowiedzią, o kogo może chodzić? – zapytała, z pewnym wahaniem.
W przypadku Mavelle był to wujek, i mówiła, że go spotkała: po drugiej stronie. W miejscu, do którego trafiali na krańcu swojej drogi. Brenna nie odważyła się pytać, kogo i czy kogoś spotkała Victoria. To było zbyt osobiste, ot więc starała się… podsunąć sugestię. A może zobaczyła tam jakąś nieznajomą osobę? Albo nikogo i to wszystko było przypadkiem?
– Bzdura – stwierdziła, a w jej ton, mimo starań, wkradły się ostre nuty, kiedy Lestrange powiedziała, że to wszystko jej wina. – Twoja wina? Gdybyście tam nie weszli, być może Voldemort panowałby teraz nad światem. Ja bez wątpienia byłabym martwa, podobnie jak masa naszych znajomych. Jeżeli można tu mówić o winie, to chyba tylko mojej, bo powinnam była od razu wejść w tej cholerny ogień.
Rozważała to, a jednak zajęła się światłami, które okazały się ostatecznie nie mieć znaczenia… a przynajmniej takie wrażenie odniosła Brenna. Zdawało się, że skoro nie da się zgasić ogni, to one je zasilają, one pozwalają sięgnąć Voldemortowi po moc, tymczasem ich zgaszenie niczego w jej oczach nie zmieniło.
Straciła czas.
A wiedziała, że ma kamień, wiedziała, skąd ten kamień się wziął, wiedziała, do czego spróbuje go użyć…
– Na pewno znajdziemy odpowiedź – dodała, już łagodniej. „My”, bo przecież tak jak Victoria próbowała znaleźć odpowiedzi, tak próbowali je odszukać też Bonesowie i Longbottomowie, prawdopodobnie także Stewardowie i Bulstrodowie. A Atreus, Patrick i Victoria, wszyscy byli znajomymi z tego samego Departamentu, może już nawet współpracowali? Poza tym… był jeszcze Dumbledore, była prawie pewna, że Patrick to z nim prędzej czy później omówi.
Nie chciała dopuszczać do siebie myśli, że wszystko się pogorszy. Nieodwracalnie.
– Ale na razie powinnyśmy wyjść z Nokturna.
Mogła sobie jednak wyobrazić, jak czuje się Victoria. Myślała o dniu sprzed paru tygodni, gdy czołgała się wąską, napierającą na nią alejką na Pokątnej, gdy w umyśle, zaćmionym kadzidłem, które ktoś gdzieś rozpalił, mieszały się przeszłość i teraźniejszość. Obrazy nakładały się na siebie, a ona nie była pewna, gdzie jest.
Kiedy jest.
A Victoria musiała być jeszcze bardziej zagubiona, bo to było coś… jeszcze innego. Czy ktokolwiek kiedykolwiek się z czymś takim spotkał?
- W takim razie masz już jakąś podpowiedź. To wspomnienie kogoś, kto był tutaj bardzo dawno temu – powiedziała, wciąż starając się mówić spokojnie, bo przynajmniej jedna z nich nie mogła poddać się emocjom. A z racji na to, że to w głowie Victorii mieszało limbo i wspomnienia stamtąd, padało na Brennę. – Nic… co stało się tam, nie jest podpowiedzią, o kogo może chodzić? – zapytała, z pewnym wahaniem.
W przypadku Mavelle był to wujek, i mówiła, że go spotkała: po drugiej stronie. W miejscu, do którego trafiali na krańcu swojej drogi. Brenna nie odważyła się pytać, kogo i czy kogoś spotkała Victoria. To było zbyt osobiste, ot więc starała się… podsunąć sugestię. A może zobaczyła tam jakąś nieznajomą osobę? Albo nikogo i to wszystko było przypadkiem?
– Bzdura – stwierdziła, a w jej ton, mimo starań, wkradły się ostre nuty, kiedy Lestrange powiedziała, że to wszystko jej wina. – Twoja wina? Gdybyście tam nie weszli, być może Voldemort panowałby teraz nad światem. Ja bez wątpienia byłabym martwa, podobnie jak masa naszych znajomych. Jeżeli można tu mówić o winie, to chyba tylko mojej, bo powinnam była od razu wejść w tej cholerny ogień.
Rozważała to, a jednak zajęła się światłami, które okazały się ostatecznie nie mieć znaczenia… a przynajmniej takie wrażenie odniosła Brenna. Zdawało się, że skoro nie da się zgasić ogni, to one je zasilają, one pozwalają sięgnąć Voldemortowi po moc, tymczasem ich zgaszenie niczego w jej oczach nie zmieniło.
Straciła czas.
A wiedziała, że ma kamień, wiedziała, skąd ten kamień się wziął, wiedziała, do czego spróbuje go użyć…
– Na pewno znajdziemy odpowiedź – dodała, już łagodniej. „My”, bo przecież tak jak Victoria próbowała znaleźć odpowiedzi, tak próbowali je odszukać też Bonesowie i Longbottomowie, prawdopodobnie także Stewardowie i Bulstrodowie. A Atreus, Patrick i Victoria, wszyscy byli znajomymi z tego samego Departamentu, może już nawet współpracowali? Poza tym… był jeszcze Dumbledore, była prawie pewna, że Patrick to z nim prędzej czy później omówi.
Nie chciała dopuszczać do siebie myśli, że wszystko się pogorszy. Nieodwracalnie.
– Ale na razie powinnyśmy wyjść z Nokturna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.