Gdy wspomniał o szachach uśmiechnąłem się delikatnie. Szachy też nie były dla mnie ulubioną grą, bo trzeba było tam patrzeć, ale nie wypomniałem mu tego, gdyż sporo osób zapominało o tym, że nie widziałem. W sumie nie przepadałem za żadnym sportem, lubiłem słuchać jak inni czytają książki lub po prostu sam je czytać za pomocą dotyku. Sport zwykle polegał na patrzeniu i podziwianiu, a ja nie mogłem patrzeć. Podziwiałem ludzi – to fakt – lubiłem ich dotykać, sprawdzać fakturę ich skóry, poznawać przez dotyk i sportowcy pod tym względem też byli dla mnie atrakcyjni. Naprawdę dbali o swoje ciało, lubiłem zapach potu zmieszany z zapachem deszczu podczas porywistych meczów w Quidditcha, ale osobiście nie lubiłem siedzieć wśród widowni, bo za dużo było tam dźwięków.
Lubiłem nie mieć zapiętych koszul w odpowiedni sposób, bo czasami spotykałem pedantów, którzy lubili mnie poprawiać, a to zmuszało ich do bliskiego kontaktu ze mną. Lubiłem bliskość ludzi, bo wtedy czułem ich zapach, wiedziałem, czy o siebie dbają, czy jednak śmierdzą potem i niedbałością. Lubiłem peszyć ludzi i wprowadzać ich w zakłopotanie. Lubiłem to, że oceniali mnie przez pryzmat ułomności, myśleli, że jestem grzecznym, ułożonym i spokojnym chłopce, ale ja naprawdę uwielbiałem psocić, drażnić i posiadać ludzi.
– Zawsze miałem talent do wyczuwania klątw i fascynowało mnie to jak je ściągać. Motywy ludzi, którzy je nakładali też mnie interesowały, bo jaki można mieć cel w skrzywdzeniu innych? – odpowiedziałem mu dosyć krótko. – I nie chce czuć się słaby, a tu jestem przydatny i robię coś mocarnego – uśmiechnąłem się łobuzersko. – Lubię magię, lubię ją czuć, a przy klątwołamaniu to też w jakiś sposób pomaga – dokończyłem.
– To fajnie, mam... miałem przyjaciela, który grał w szkole w Quidditcha, lubiłem słuchać jak o tym opowiadał – dodałem, ale nie przestawałem się uśmiechać. Co chwilę dojadałem ciasto.