Naprawdę nic jej nie było. Nawet nie wyglądała na przesadnie zmęczoną – wstała nie tak dawno temu, a spała, bo wypiła eliksir. Ostatnio częściej po niego sięgała… Zazwyczaj nie miała po nim nieproszonych snów. Ale jak to ona – po prostu nie tryskała energią na lewo i prawo, ewidentnie kumulowała ją w sobie, by nagle kiedy trzeba przyspieszyć tak, że tym, co ją znali, oczy wychodziły z orbit, jak wczoraj w areszcie.
Musiało być z nim naprawdę źle, widziała to, bo już po jednym razie znała symptomy. Sauriel nie pyskował i mało marudził, kiedy czuł się tragicznie. Moment burczenia był tym, w którym wiesz, że ewidentnie mu się polepsza. Jednak patrząc na to w jakim był stanie – Victoria nie liczyła na to, by nastało to szybko. I oczywiście, że się zastanawiała co oni mu do cholery jasnej zrobili. Biorąc pod uwagę zachowanie Anny i to jak wyglądał Sauriel – nic miłego. A bardziej: coś paskudnego. I nawet bez tego ciągnącego ją do niego uczucia cholernie by się o niego martwiła, to wrażenie absolutnie nic nie zmieniało – też by przyszła, bo chciałaby się z nim zobaczyć wiedząc jak reaguje jego ojciec. Też ściskałoby jej się serce. Też… chciałaby go dotknąć. Dotyk drugiej osoby potrafił zdziałać cuda, kiedy czuło się jak gówno.
- Tak, jak zbroja – ale w tamtym wypadku nie była to zbroja przeciwko ludziom. Była to zbroja przeciwko złu świata, którą ona po prostu się opatuliła dla nabrania otuchy. - Przyjaźnimy się od czasu Hogwartu i to pomimo tego, że ja byłam w Slytherinie, a ona w Gryffindorze – odparła Saurielowi. - Zawsze była wulkanem energii. No i znamy się już długo, jej rodzina mieszka w Dolinie jak ja, więc nie mamy do siebie daleko. Czasami na siebie wpadniemy… - i większość durnych pomysłów wpadała do głowy kiedy były koło siebie. - Wtedy kiedy wpadłeś do mnie, kiedy czułeś, że coś mi się może stać… Byłam wtedy z Brenną w lesie. Jakiś mugol uciekał w popłochu i krzyczał o stworach z zębami – mugol, bo w Dolinie Godryka prócz czarodziejów mieszkali też mugole. - To było stado wkurzonych błotoryjów – nic wielkiego. - Ale tak, ufam jej. To naprawdę kompetentna brygadzistka, zakochana w swojej pracy. No i ma przez to niezwykły talent do pakowania się w różne dziwne sytuacje – Viki uśmiechnęła się pod nosem. - Chyba zresztą sam zauważyłeś jak to u niej działa – bo Victoria na ten przykład… Najpewniej uznałaby, że nie widzi tej bójki, w końcu była po pracy. Chyba, że miałaby jakąś korzyść z tego, by przeszkodzić, albo gdyby było już naprawdę, NAPRAWDĘ gorąco.
Gadała, bo coś jej mówiło, że Saurielowi łatwiej jest teraz słuchać niż mówić samemu. Że może świadomość obecności drugiej osoby, która nie jest mu wroga, sama w sobie przyniesie mu pewną ulgę. Delikatnie zabrała od niego paczkę papierosów, wyciągnęła jeden z nich, po chwili wydobyła też swoją różdżkę, by od niej zapalić fajkę, którą sama się zaciągnęła – wszystko po to, żeby odpaliła i żeby Sauriel mógł w spokoju sobie… pielęgnować swój nałóg. Wątpiła by był w stanie się teraz zaciągnąć, ale może zrobi mu się lepiej od samej myśli, że ma w ręce papierosa i że może sobie go trochę popalić… Więc zaraz wręczyła mu tlącą się fajkę, gotowa ją złapać, gdyby miała wypaść mu z palców i miałby sobie coś przypalić.
- W Limbo – powtórzyła i uśmiechnęła się do niego smutno. Nie wierzyła, że nie słyszał. Nie wierzyła, że nie widział, co pisali w gazetach. Nie wierzyła, że nie wiedział, że w Limbo stanęła naprzeciwko Voldemorta i jakimś cudem ludzie się o tym dowiedzieli. - Nie, nie tracę – na szczęście. Chyba nie traciła. Raczej… zyskiwała – i się wylewało, a ona tonęła. - Wydaje mi się, że moje własne wspomnienia mieszają się z czyimiś. Kogoś, kto już był w Limbo – to było jedyne logiczne wytłumaczenie i Brenna miała tutaj rację. - To z Nokturnem… To było właśnie takie echo. Ubzdurało mi się, że koniecznie w tej chwili muszę tam iść, bo inaczej stracę dużo zainwestowanych pieniędzy. A kiedy już tam byłam… Zapomniałam po co w ogóle tam przyszłam. A potem przypomniałam sobie, że miałam coś odebrać. I za chwile, że jednak już to przecież odebrałam i jest w domu. A potem, że tego w domu wcale nie ma – Victoria westchnęła. - To było… Takie żywe. Takie rzeczywiste. Jak moje własne. Ale teraz zaczynam widzieć pewne niepasujące elementy. Nadal odczuwam to jako moje, ale wiem, że to nie mogłam być ja – nie chciała mu zamieszać, ale to było tak pojebane i jej samej się ulewało, że nie wiedziała jak to prościej wyjaśnić. - Brenna uważa, że jak najmniej czasu powinnam spędzać sama, w razie gdyby to się powtórzyło – i miała rację. Tylko komu miała powiedzieć, swojej matce? W akcie desperacji chyba. Może ojcu, ale się z nim minęła.
Naprawdę, serce się krajało, gdy tak na niego patrzyła – a patrzyła ciągle! Uważnie! Był taki biedny. Ciągle miała w głowie to co jej kiedyś powiedział, że „na wampirze wszystko się goi tylko nadal boli” – nie tymi słowami, ale taki był właśnie przekaz. Nie przyszło jej jednak do głowy, że to był Cruciatus. Powinno. Ale nie przyszło. Ależ była głupia! Za to nie musiał jej namawiać, już dawno chciała to zrobić, więc wyciągnęła do niego rękę i bardzo delikatnie pogładziła go po głowie przy skroni i kawałek niżej, już po twarzy.
- Lepiej? – pewnie nie, nie miała rąk które leczą, ale sam ją sprowokował. - Nie wolisz się położyć? Mogę ci użyczyć kolan – nie miała pojęcia czemu to powiedziała, ale było już za późno. I w sumie to nie miałaby nic przeciwko. Mogłaby go wtedy głaskać… O czym ty myślisz? Ale z tego dziwnego rozmyślania wyrwało ją stwierdzenie Sauriela. Stwierdzenie, które stało w sprzeczności z tym co mówił, kiedy zbierała go z Pokątnej. - Tak? Ja też się cieszę – nie sądziła, że polubi kogoś, kogo podsuną jej rodzice. Być może sami nie sądzili. Bardziej jednak zupełnie ich to nie interesowało, tylko sam biznes. Nie sądziła, że ktoś, kto pozornie w ogóle nie pasował do jej życia, stanie się dla niej taki ważny. - Nie jesteś rynsztokiem.