Przez moment i ona przyglądała się ruszającemu się lizakowi i widziała, jak oczy Sauriela wodzą za stokrotką – jak u prawdziwego kota, który wyłapał ruch, obserwuje i jest gotowy do ataku. Albo chociażby faktycznego pacnięcia łapą. Typowy facet, który znajdował zabawki we wszystkim – nie ważne, czy nimi było, czy nie. I rzeczywiście: jakże to typowo kocie.
- Nie no… Jest ich więcej, ale póki co ta się wysunęła na takie mocne prowadzenie – prawda, Victoria była póki co przy końcu pierwszej książki, na drodze miała jeszcze dwie wielkie kobyły, ale się nie uskarżała. Być może pod koniec znajdzie też odpowiedź na to dręczące ją obecnie pytanie, które musiała wyrzucić z siebie, bo drapało ją to wewnętrznie. Również ten jej pomysł z lotem na miotle – jakież to musiało być w ogóle frustrujące dla osoby, która cierpiała na lęk wysokości!
To wyjście było całkowicie spontaniczne i podyktowane było potrzebą… spędzenia takiego normalnego wieczoru z kimś… Kimś. Nie z byle kim. Chciała spędzić czas z Saurielem, nie umiała tego nie przyznać nawet przed sobą, więc… zaproponowała mu wyjście. I w ten sposób skończyli na Pokątnej. Strach, jaki zafundował jej własny umysł kilka dni temu, ciągłe napięcie, kiedy kobieta przygotowywała się na wywinięcie kolejnego numeru przez dziwne podszepty wspomnień pojawiające się w najmniej spodziewanych i odpowiednich momentach… Ostatnie dni była napięta jak struna. A przy Saurielu… uspokajała się. Bo puzzle trafiały na swoje miejsce, bo była przy osobie, przy której chciała być. I potrzebowała tego – tego całkowicie normalnego wyjścia, z dala od domu, w którym tyle siedziała, z dala od pracy, która przypominała jej o Beltane, o stratach jakie ponieśli i o tym, co poczuła na własnej skórze w Limbo.
- Nie rozumiem. Magia to magia – lata spychania mugoli w swoich miejscach na zaszczytne ostatnie miejsce w hierarchii ważności w swojej głowie zrobiły swoje. Victorii trudno było pojąć, że pozbawieni magii ludzie, nie wiedzący o istnieniu ich świata, fantazjowali o niej i wymyślali ją po swojemu, wedle swojej wyobraźni, nadając im jakieś zasady i że et zasady były zupełnie inne od prawdy. Całe życie wychowania w świecie magii nie pozwalały tak o zapomnieć o wszystkim, co ona sama brała za logiczne – a co zupełnie inaczej działało w jakiejś mugolskiej książce. - Tak jak dwa plus dwa to cztery – nie czytała tej książki z uprzejmości czy litości, absolutnie nie. Czytała ją… z ciekawości, a ta ciekawość pchała ją przez życie i była napędem do wielu rzeczy, które lubiła. Nie rozumiała o czym Sauriel gadał z Brenną i jakoś… od słowa do słowa samo wyszło. To był trochę taki zakazany owoc. - Okej, to rozumiem – ten pierścień… Był jak taki przeklęty przedmiot, trzymający w sobie cząstkę duszy kogoś bardzo złego. Był jak kotwica, która utrzymywała jego jestestwo przy życiu w świecie materialnym. Czego za to Victoria nie wiedziała, to że w świecie magii istniało coś podobnego: horkruksy i robiły z człowiekiem dokładnie to samo. - Co to za świat bez teleportacji – westchnęła. No niedawno mieli taki świat bez teleportacji, bez proszku fiuu… Ale świstokliki działały. - Koncert? W jaki sposób innego? – no jeśli chodziło o muzykę… To musiała całkowicie zawierzyć Saurielowi, z ich dwójki to on był ten muzyczny, on się znał, on miał artystyczną duszę i Anna w ogóle się nie pomyliła, kiedy na spotkaniu zapoznawczym stwierdziła, ze jej syn to romantyk. Bardzo to ukrywał i chyba sam o tym zdążył zapomnieć, ale to była sama prawda. - Muzeum? – z dinozaurami? Och. No to… to ją akurat bardzo zainteresowało. No bo jakoś nie wpadła na pomysł, żeby w muzeum trzymać dinozaury. DINOZAURY?? Ale… Sauriel nie mówił o czymś w stylu zoo, prawda?
- Patrz, kotek – Victoria zatrzymała się i wskazała ręką w zaułek na lewo od nich, gdzie faktycznie siedział kot. Ten ewidentnie mył sobie łapę, po czym nagle wstał, zjeżył sierść na grzbiecie, który wygiął w łuk, syknął i… puścił się biegiem. I wtedy usłyszeli pisk, ewidentnie dziecięcy. Lestrange nie trzeba było długo namawiać, po prostu pobiegła w stronę krzyku.