Byłem po pracy, więc odpoczywałem w pustym domu. Wujek był w szpitalu u chorej ciotki, Fergus na wyjeździe. Bell spał spokojnie w najcieplejszym miejscu w mieszkaniu. Nie potrzebowałem go w poruszaniu się po tym miejscu. Znałem każdy zakamarek pomieszczeń, chociaż nie powiem – Ferg czasami robił mi psikusy, ale lubiłem to. Teraz czułem się dziwnie samotny. Nigdy nie było tu aż takiej pustki. Ciotka zawsze gotowała jakieś dobre jedzenie, a wujek strofował Fergusa, aby przyłożył się do rodzinnego biznesu. Współczułem mu i pewnie, gdybym nie stracił wzroku sam zająłbym się rodzinnym biznesem, aby Fergus mógł spełniać swoje marzenia. Klątwołamanie, którym się zająłem było dla mnie prostym rozwiązaniem. Nikt jak ja nie wyczuwał obecności magii. Moja percepcja była zdecydowanie lepiej rozwinięta niż u innych czarodziejów w moim wieku.
Zaskoczyło mnie pukanie do drzwi, nawet Bell poruszył się niespokojnie na swoim miejscu. Podniosłem się z fotela i podszedłem do drzwi, które tylko uchyliłem nie ściągając zasuwki z łańcuchem. Było to specjalnie dla mnie zrobione, abym mógł najpierw upewnić się kto przybył, a potem otwierać drzwi na szerokość. Pokazałem swoja twarz w szparze.
– Kto tam? – zapytałem i czekałem na odpowiedzieć.
Nie za bardzo wiedziałem, co miałem więcej zrobić. Wujek na pewno jeszcze nie wróciłby ze szpitala, żona była dla niego bardzo ważna. Trzymałem w dłoni różdżkę, po sytuacji na Beltane stałem się trochę bardziej ostrożny, ponieważ bałem się, że ktoś może robić nawet ataki na jakieś domy. Nie byłem paranoikiem, ale ostrożności nigdy za wiele.