06.11.2022, 17:04 ✶
Nie chciał tu być.
Każdy milimetr jego ciała zapierał się przed wizytą u Longbottomów, począwszy od igiełek bólu migrenowego wbijających się w jego skronie, przez nieprzyjemnie kurczący się żołądek, po odmawiającą posłuszeństwa nogę. Przez długie godziny leżał więc w rozkopanej pościeli, z bezradnością w oczach przyglądając się przygotowanemu dzień wcześniej garniturowi. Chciał zostać sam ze swą rozpaczą, pośród czterech ścian swej sypialni i czekać aż w końcu bogowie się nad nim ulitują i ześlą koniec, aż mury jego mieszkania zaczną na niego napierać ze wszystkich stron i zamkną się szczelnie wokół niego. Gdyby tak się stało, nie szukałby drogi ucieczki.
Zabawne, bo przecież wcale nie żywił względem Simone szczególnie serdecznych uczuć. Najpierw był o nią zazdrosny, gdy dotarła do niego wieść o zaręczynach Elliotta. Wyglądało na to, że stare uczucia nie zamierzały odpuścić tak łatwo i uderzyły ze zdwojoną siłą, gdy sądził już, że całkowicie się się ich wyzbył. A później przyszła ambiwalencja, gdy czarne chmury problemów znacznie większej wagi przysłoniło niebo nad głową Perseusa. A jeszcze później czuł się za nią odpowiedzialny.
Jej śmierć była jego porażką. Nie umiał znosić porażek — nie, gdy został wychowany w przeświadczeniu, że nie ma prawa popełniać błędów, że tylko sukcesy czynią go wartościowym człowiekiem. I być może nie przyjmowałby tego tak mocno do siebie, gdyby chodziło jedynie o rozlany atrament na dokumentacji medycznej, lecz o to, że ktoś z jego podopiecznych targnął się na własne życie, co z kolei mogło położyć się cieniem na całej jego karierze, zanim ta na dobre się rozwinęła.
W końcu jednak uległ — nie wypadało, aby Eunice szła na bal sama — i zmusił się do opuszczenia łóżka. Tylko raz dał upust swoim wątpliwościom, rzucając krótkie "czy nasza obecność nie będzie źle postrzegana?", gdy żona przed wyjściem poprawiała odgięty kołnierzyk jego koszuli. A później milczał przez całą drogę do posiadłości Longbottomów.
Na miejscu zjawili się punktualnie; odziani w czerń i poważni.
— Ależ najdroższa... — ujął drobną dłoń swej małżonki, po czym zostawił wilgotny ślad pocałunku między jej knykciami. — Czuję się dziś wyjątkowo dobrze. Z naszej dwójki to ty powinnaś dbać o siebie bardziej. Pamiętaj, że pewne... przyjemności są niewskazane w twoim stanie — tym razem wargi musnęły nieznacznie płatek ucha Eunice, gdy pochylony nad nią szeptał jej ostatnie zdanie. Próżno było jednak doszukiwać się w nim moralizatorskiego wydźwięku; kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, twarz Perseusa nie była zasnuta gniewem, a w onyksie tęczówek błyszczało coś nieokiełznanego, szelmowskiego. Jak nagła zmiana w melodii, zamieniająca doniosłość panegiryku w skoczność walczyka.
Gdy nie mógł dłużej maskować swych słabości, obracał je w żart. Szczypta humoru z kolei była składnikiem niezbędnym dla utrzymania zdrowia psychicznego Perseusa w ryzach, zwłaszcza w świetle minionych wydarzeń.
— Ten zegar wiele dla ciebie znaczy? — zagaił beztrosko, zupełnie niezrażony faktem, że Eunice postanowiła oddać na cele charytatywne wazę z chińskiej porcelany, którą otrzymali w prezencie ślubnym od Daphne. Sam nieszczególnie przepadał za naczyniem, które jedynie zbierało kurz w ich mieszkaniu; poza tym cel był przecież szczytny, a matka zawsze miała słabość do czarodziejskich dzieci i psidwaków. Sama była dumną właścicielką dwóch hartów i Percy był niemalże pewien, że kochała je bardziej niż swoje własne potomstwo. — Ona nas za to wydziedziczy, Eunice. Wypali nasze portrety na rodowym gobelinie i zostaniemy czarnymi dziurami. Na Merlina, jestem za młody, żeby zostać czarną dziurą...
Ostatnie uszczypliwości wymienione z żoną (które w gruncie rzeczy wcale nie miały na celu sprawienia jej przykrości, co też zasugerował pocałunkiem złożonym na jej skroni) i oto stanęli przed obliczem gospodarzy. Kilka uprzejmości, garść komplementów i długie uściski dłoni. A później ich oczom ukazała się sala balowa.
Oczywiście, że zauważył Elliotta jeszcze przed wejściem, jednakże nie miał ochoty (ani odwagi), by go zaczepić i zamienić z nim kilka słów. Nie widział się z nim od czasu, gdy w Lecznicy odnaleziono ciało Simone; nie chciał się z nim konfrontować, nie chciał właściwie nic. Uśmiechnął się blado do migającej mu w tłumie panny Lestrange, a potem zamarł, gdy Malfoy nagle odwrócił się w ich stronę.
— Jeszcze będzie czas na tańce — odparł nieco bardziej oschle, niżby sobie tego życzył. Być może i żona Elliotta nie była mu wyjątkowo bliska, lecz to, na Merlina, żona jego szwagra. W dobrym tonie byłoby chociaż sprawianie pozorów pogrążonego w żałobie. — Jak się czujesz? — dopytał ciszej, jakby starał się wynagrodzić mu pasywną agresję wylewającą się z poprzedniej wypowiedzi.
Każdy milimetr jego ciała zapierał się przed wizytą u Longbottomów, począwszy od igiełek bólu migrenowego wbijających się w jego skronie, przez nieprzyjemnie kurczący się żołądek, po odmawiającą posłuszeństwa nogę. Przez długie godziny leżał więc w rozkopanej pościeli, z bezradnością w oczach przyglądając się przygotowanemu dzień wcześniej garniturowi. Chciał zostać sam ze swą rozpaczą, pośród czterech ścian swej sypialni i czekać aż w końcu bogowie się nad nim ulitują i ześlą koniec, aż mury jego mieszkania zaczną na niego napierać ze wszystkich stron i zamkną się szczelnie wokół niego. Gdyby tak się stało, nie szukałby drogi ucieczki.
Zabawne, bo przecież wcale nie żywił względem Simone szczególnie serdecznych uczuć. Najpierw był o nią zazdrosny, gdy dotarła do niego wieść o zaręczynach Elliotta. Wyglądało na to, że stare uczucia nie zamierzały odpuścić tak łatwo i uderzyły ze zdwojoną siłą, gdy sądził już, że całkowicie się się ich wyzbył. A później przyszła ambiwalencja, gdy czarne chmury problemów znacznie większej wagi przysłoniło niebo nad głową Perseusa. A jeszcze później czuł się za nią odpowiedzialny.
Jej śmierć była jego porażką. Nie umiał znosić porażek — nie, gdy został wychowany w przeświadczeniu, że nie ma prawa popełniać błędów, że tylko sukcesy czynią go wartościowym człowiekiem. I być może nie przyjmowałby tego tak mocno do siebie, gdyby chodziło jedynie o rozlany atrament na dokumentacji medycznej, lecz o to, że ktoś z jego podopiecznych targnął się na własne życie, co z kolei mogło położyć się cieniem na całej jego karierze, zanim ta na dobre się rozwinęła.
W końcu jednak uległ — nie wypadało, aby Eunice szła na bal sama — i zmusił się do opuszczenia łóżka. Tylko raz dał upust swoim wątpliwościom, rzucając krótkie "czy nasza obecność nie będzie źle postrzegana?", gdy żona przed wyjściem poprawiała odgięty kołnierzyk jego koszuli. A później milczał przez całą drogę do posiadłości Longbottomów.
Na miejscu zjawili się punktualnie; odziani w czerń i poważni.
— Ależ najdroższa... — ujął drobną dłoń swej małżonki, po czym zostawił wilgotny ślad pocałunku między jej knykciami. — Czuję się dziś wyjątkowo dobrze. Z naszej dwójki to ty powinnaś dbać o siebie bardziej. Pamiętaj, że pewne... przyjemności są niewskazane w twoim stanie — tym razem wargi musnęły nieznacznie płatek ucha Eunice, gdy pochylony nad nią szeptał jej ostatnie zdanie. Próżno było jednak doszukiwać się w nim moralizatorskiego wydźwięku; kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, twarz Perseusa nie była zasnuta gniewem, a w onyksie tęczówek błyszczało coś nieokiełznanego, szelmowskiego. Jak nagła zmiana w melodii, zamieniająca doniosłość panegiryku w skoczność walczyka.
Gdy nie mógł dłużej maskować swych słabości, obracał je w żart. Szczypta humoru z kolei była składnikiem niezbędnym dla utrzymania zdrowia psychicznego Perseusa w ryzach, zwłaszcza w świetle minionych wydarzeń.
— Ten zegar wiele dla ciebie znaczy? — zagaił beztrosko, zupełnie niezrażony faktem, że Eunice postanowiła oddać na cele charytatywne wazę z chińskiej porcelany, którą otrzymali w prezencie ślubnym od Daphne. Sam nieszczególnie przepadał za naczyniem, które jedynie zbierało kurz w ich mieszkaniu; poza tym cel był przecież szczytny, a matka zawsze miała słabość do czarodziejskich dzieci i psidwaków. Sama była dumną właścicielką dwóch hartów i Percy był niemalże pewien, że kochała je bardziej niż swoje własne potomstwo. — Ona nas za to wydziedziczy, Eunice. Wypali nasze portrety na rodowym gobelinie i zostaniemy czarnymi dziurami. Na Merlina, jestem za młody, żeby zostać czarną dziurą...
Ostatnie uszczypliwości wymienione z żoną (które w gruncie rzeczy wcale nie miały na celu sprawienia jej przykrości, co też zasugerował pocałunkiem złożonym na jej skroni) i oto stanęli przed obliczem gospodarzy. Kilka uprzejmości, garść komplementów i długie uściski dłoni. A później ich oczom ukazała się sala balowa.
Oczywiście, że zauważył Elliotta jeszcze przed wejściem, jednakże nie miał ochoty (ani odwagi), by go zaczepić i zamienić z nim kilka słów. Nie widział się z nim od czasu, gdy w Lecznicy odnaleziono ciało Simone; nie chciał się z nim konfrontować, nie chciał właściwie nic. Uśmiechnął się blado do migającej mu w tłumie panny Lestrange, a potem zamarł, gdy Malfoy nagle odwrócił się w ich stronę.
— Jeszcze będzie czas na tańce — odparł nieco bardziej oschle, niżby sobie tego życzył. Być może i żona Elliotta nie była mu wyjątkowo bliska, lecz to, na Merlina, żona jego szwagra. W dobrym tonie byłoby chociaż sprawianie pozorów pogrążonego w żałobie. — Jak się czujesz? — dopytał ciszej, jakby starał się wynagrodzić mu pasywną agresję wylewającą się z poprzedniej wypowiedzi.