23.07.2023, 22:57 ✶
Przejąłem się, czytając list od Aveliny. W pierwszej chwili poczułem ukłucie zazdrości. Wspominała tam o uczuciach do innego, do kogoś obcego, kogo nawet dobrze nie znała. Obdarzała go czymś głębszym, a mi nie chciała ofiarować nawet przyjaźni! Na domiar złego, obawiałem się również, że to jej odpowiedź na nasze ostatnie spotkanie, na które czekałem parę dobrych dni. W niecierpliwości, poddenerwowany.
Na szczęście - bądź też nie - im bardziej zagłębiałem się w treść listu, faktycznie go rozumiejąc, zdałem sobie sprawę, że byłem kretynem. Dziewczyna prawdopodobnie wpadła w mamidło znacznie gorsze aniżeli można było się spodziewać, a miałem już do czynienia z osobą, którą również coś dopadło. Tak zadziałało, że leżała w kostnicy pod numerem cztery. Ta myśl mnie tak zmroziła, że postanowiłem czym prędzej uśpić dzieci i czmychnąć z domu, pomimo zbliżającej się, coraz większymi krokami, nocy. Nie przystało by żonaty czarodziej czystej krwi... Wiele rzeczy tu nie wypadało, ale jakoś w tej chwili o tym nie myślałem. Ewidentnie odpłynąłem myślami, co zapewne musiało denerwować małżonkę, ale miałem to w tej chwili w głębokim poważaniu. Zresztą również gdzieś wychodziła, a jako że nakarmiła dzieci słodyczami i nie chciały zasnąć, machnąłem na to wszystko ręką i pozostawiłem na głowie skrzata domowego.
Sam aportowałem się na ulicę Pokątną. Odziałem kaptur i mniej przykuwające oko odzienie wierzchnie. Bez ociągania się skierowałem w kierunku domu Paxtonów. Wstyd się przyznać, ale jakiś czas temu, jeszcze zanim powróciłem do jej życia, sprawdziłem w księgach Ministerstwa adres jej zameldowania i teraz byłem tu. Drugi raz. Ale nigdy w środku. Trudno.
Bez pukania wszedłem do środka, delikatnie otwierając i zamykając drzwi. Jeśli nie były otwarte, zapewne użyłem do tego magii. Nie chciałem przebywać na dole dłużej niż trzeba było, a uznałem, że skoro i tak się mnie spodziewała, to nie było co się czaić, tylko działać. Dopiero jak znalazłem się w środku, zamknąwszy drzwi, pozwoliłem sobie na zastukanie by dać o sobie znać. Miałem przeogromną nadzieję, że Avelina nic sobie nie zrobiła. Zdjąłem kaptur z głowy, zaraz cały płaszcz, zawieszając gdzieś na ścianie. Pewnie było gdzieś tam miejsce na kurty. Poprawiłem rękawy czarnego swetra by równo spoczywały na moich rękach, po czym wygrzebałem z płaszcza swoją różdżkę. Niemalże o niej zapomniałem.
- Avelino! - zawołałem, zapewne również już ją dostrzegając. Nie pomyślałem nawet, że mogłem trafić na jej rodziców. Chyba ich tu nigdzie nie było? Dom pogrążony był w ciszy.
Na szczęście - bądź też nie - im bardziej zagłębiałem się w treść listu, faktycznie go rozumiejąc, zdałem sobie sprawę, że byłem kretynem. Dziewczyna prawdopodobnie wpadła w mamidło znacznie gorsze aniżeli można było się spodziewać, a miałem już do czynienia z osobą, którą również coś dopadło. Tak zadziałało, że leżała w kostnicy pod numerem cztery. Ta myśl mnie tak zmroziła, że postanowiłem czym prędzej uśpić dzieci i czmychnąć z domu, pomimo zbliżającej się, coraz większymi krokami, nocy. Nie przystało by żonaty czarodziej czystej krwi... Wiele rzeczy tu nie wypadało, ale jakoś w tej chwili o tym nie myślałem. Ewidentnie odpłynąłem myślami, co zapewne musiało denerwować małżonkę, ale miałem to w tej chwili w głębokim poważaniu. Zresztą również gdzieś wychodziła, a jako że nakarmiła dzieci słodyczami i nie chciały zasnąć, machnąłem na to wszystko ręką i pozostawiłem na głowie skrzata domowego.
Sam aportowałem się na ulicę Pokątną. Odziałem kaptur i mniej przykuwające oko odzienie wierzchnie. Bez ociągania się skierowałem w kierunku domu Paxtonów. Wstyd się przyznać, ale jakiś czas temu, jeszcze zanim powróciłem do jej życia, sprawdziłem w księgach Ministerstwa adres jej zameldowania i teraz byłem tu. Drugi raz. Ale nigdy w środku. Trudno.
Bez pukania wszedłem do środka, delikatnie otwierając i zamykając drzwi. Jeśli nie były otwarte, zapewne użyłem do tego magii. Nie chciałem przebywać na dole dłużej niż trzeba było, a uznałem, że skoro i tak się mnie spodziewała, to nie było co się czaić, tylko działać. Dopiero jak znalazłem się w środku, zamknąwszy drzwi, pozwoliłem sobie na zastukanie by dać o sobie znać. Miałem przeogromną nadzieję, że Avelina nic sobie nie zrobiła. Zdjąłem kaptur z głowy, zaraz cały płaszcz, zawieszając gdzieś na ścianie. Pewnie było gdzieś tam miejsce na kurty. Poprawiłem rękawy czarnego swetra by równo spoczywały na moich rękach, po czym wygrzebałem z płaszcza swoją różdżkę. Niemalże o niej zapomniałem.
- Avelino! - zawołałem, zapewne również już ją dostrzegając. Nie pomyślałem nawet, że mogłem trafić na jej rodziców. Chyba ich tu nigdzie nie było? Dom pogrążony był w ciszy.