Wiedziała, że Sauriel nie do końca jest dobrym gościem. Dobrzy goście nie chodzili w skórach na Nokturn, nie pili na prawie każdym wyjściu whisky, nie palili non stop fajek i nie okładali po mordzie klienteli z knajpy, dla której to całkowita codzienność. Nie – Victoria nie miała złudzeń i po części rozumiała, że kiedy Sauriel nazywał samego siebie rynsztokiem, kiedy mówił, że nie chce, by szła za nim na śmietnik – to nie mówił tego dlatego, że zależało mu, by ona zaprzeczyła. Dobry gość nie wszcząłby bójki w Dziurawym Kotle, nie uderzyłby kobiety i nie skończyłby w areszcie. Naprawdę to wiedziała. I jednocześnie Victoria nie miała wyjścia jak to zaakceptować. Albo bardzo pomalutku namawiać go, by spróbował czego innego. Mógł przecież robić co tylko chciał – pieniądze w tym wypadku nie były przeszkodą, już o tym rozmawiali. Po ślubie jej pieniądze będą jego pieniędzmi. Gdyby chcieli, mogliby nie pracować do końca życia – co w przypadku Tori nie wchodziło w grę. Więc akceptowała to, że Sauriel to klasyczny bad boy. I jednocześnie głównie obchodziło ją to by ją i jej bliskich traktował dobrze, z szacunkiem. Szacunek – na tym zależało jej najbardziej. Widziała też, że Sauriel po prostu potrzebuje wsparcia, dobrego słowa, zachęty, nie krzyków i bicia po głowie, bo to miał całe życie, a Victoria pragnęła rodziny, której mogłaby okazać ciepło, przeciwność do własnego domu.
Uśmiechnęła się do niego zachęcająco, kiedy na nią spojrzał. I ten uśmiech nie zszedł nawet wtedy, kiedy stwierdził, że to dla niej tego kota złapie. Tyle jej wystarczyło. Nie wymagała, by teraz pochylał się nad każdym potrzebującym i cierpiącym, ona tego na pewno nie robiła i nie o to w ogóle chodziło. Patrzyła więc jak Sauriel wspina się na dach, a potem jak goni za mruczkiem. Kilka razy się zaśmiała, żałując, że nie ma jak uwiecznić tego obrazka, kiedy kot spierdalał przed Saurielem, a ten go gonił. Wciąż – nie przypominał jej żadnej małpy. Kilka razy rzeczywiście robiła za wsparcie mentalne podpowiadając gdzie jest kiciuk i zachęcając, bo już praaawie się udało!
I w końcu nastąpił sukces.
- Widzę, że jesteś rasowym kocim tatą – stwierdziła, kiedy Sauriel niosąc kota w ramionach, głaskał go i mówi do niego jak do dziecka. To było absolutnie rozczulające, bo i ona oczu oderwać nie mogła od zadowolonego kitka. - Ale naprawdę jest słodki.
Miała nadzieję, że złapany kot pomoże dziewczynce. Wrócili na miejsce, gdzie Victria poprosiła ją by poczekała i… Faktycznie tam była
- Mruczek? – uniosła głowę. Dziewczynka trzymała teraz w dłoni pudełko zapałek i właśnie wyciągnęła jedną z nich – zapewne po to, by się ogrzać. Pewnie to samo robiła za życia. Odpaliła ją i ogień, maleńki, zafalował, Victoria zapatrzyła się weń, zupełnie jak w ognisko na Beltane, dym uniósł się w górę… Victoria poczuła nagły ból głowy, podobny do tego, kiedy kłóciła się z Saurielem i pomasowała sobie skroń.
Pulchna, dziecięca rączka mocno zaciskała pióro jakiegoś ptaka, mocno zaostrzone na końcu, by nadawało się do pisania po pergaminie. Pergaminie, który leżał na stoliku i prezentował szereg „zagadek” matematycznych, takich jak 11+9, 123-29, 4*6 i tak dalej, napisanych pięknym, równym pismem. Dla tej rączki, to brzmiało jak prawdziwa czarna magia, kiedy lewa dłoń, wyprostowana, leżała na kartce ewidentnie ją podtrzymując i to w takiej pozycji, jakby blat stołu był trochę za wysoko.
- No dalej, ile można na ciebie czekać? – kobieta, zdecydowanie wyglądająca bardzo podobnie do Victorii-teraz, patrzyła srogo na pergamin, wprost na dziecko, które trzymało pióro i ewidentnie zastanawiało się co ma zrobić. Kleks atramentu przy 123-29 to nie była dobra odpowiedź. - Zobacz co zrobiłaś! Nigdy nie trzymaj pióra zamoczonego w atramencie na pergaminie, jeśli nie masz nic do napisania, wszystko jest teraz nim przesiąknięte – kobieta podeszła dwa kroki, złapała za lekko zwijający się rulon pergaminu u jego góry i pociągnęła, zręcznie wysuwając go spod niezbyt mocnego uścisku dziewczynki, żeby odwrócić go i pokazać wszem i wobec, że plama owszem, była tam, przebita na drugą stronę. - Zepsułaś całą rolkę – punkt widzenia teraz zmienił się, dziecko musiało opuścić głowę, by wbić spojrzenie w stół. Równie ubrudzony atramentem. - Nic nie osiągniesz w życiu jak będziesz taka niechlujna. Inne dzieci w twoim wieku już potrafią płynnie liczyć, a ty co? Sto dwadzieścia trzy odjąć dwadzieścia dziewięć to ile?
Pióro wylądowało w kałamarzu, a płasko rozłożone dłonie, na które teraz był widok zaczęły się ruszać. Jeden, dwa, trzy, cztery…
- Co ja ci mówiłam? Płynnie! Nie na palcach! – paluszki zwinęły się w piąstki, które lekko zadrżały.
- Mm – głosik był zdecydowanie dziecięcy. - S-sto sześć?
- Pytasz czy odpowiadasz? Nie masz zgadywać tylko wiedzieć – na widoku znowu była kobieta, a po jej minie było widać niezadowolenie.
- S-sto… Nie. D-dziewięćdziesiąt. Trzy. D-dziewięćdziesiąt cztery – odpowiedziała w końcu i po chwili napięcia zobaczyła kiwnięcie głową. Znaczy, że dobrze.
- Siedem razy osiem? – dłonie z blatu schowały się pod stół i zacisnęły. - Na widoku. Nie chowaj rąk, chcę je widzieć – piąstki ponownie spoczęły na blacie. Zapadła jednak pełna niezręczności cisza.
Ciszę tę przerwało mocne uderzenie dłonią w stół, kiedy kobieta się zbliżyła, a widok nieco się rozmazał, przez pojawienie się pierwszych łez.
- Jesteś do niczego.
Wspomnienie się rozmyło i Victoria znowu widziała dziewczynkę. Sama zacisnęła powieki – to było tak żywe, jakby dopiero wczoraj. I jakże bez sensu obudziło w niej znowu te smutne uczucia, tę presję, by być jak najlepsza, bo „inne dzieci w jej wieku…”. Teraz wiedziała, że było to kłamstwo. Inne dzieci w jej wieku dopiero uczyły się czytać.
- Co jest… - mruknęła, patrząc na dziewczynkę. Jej zapałka się dopaliła.