24.07.2023, 14:19 ✶
Nie była zupełnie przygotowana na to, by oglądać swoje wspomnienie z dzieciństwa. Wspomnienie, w którym było tak wiele o niej – albo raczej tak wiele o jej matce, a co było jej codziennością i ukształtowało solidne podstawy charakteru, jaki Victoria prezentowała sobą teraz. Ambicję, chęć bycia najlepsza, ciekawość, głód wiedzy, schludność i pewna nerwicowa wręcz pedantyczność. Pewną chęć zaimponowania wiecznie niezadowolonej matce – to się akurat udało, bo Isabella chętnie chwaliła się sukcesami córki. Sukcesami, które uważała, że były tylko jej własnym udziałem, a tak naprawdę były tylko ciężka pracą i poświęceniem Victorii. Oddech jej teraz przyspieszył, kiedy patrzyła na dziewczynkę, wyglądała jakby była błogo nieświadoma, że wywołała jakąś burzę – o ile to była ona, a nie kolejny efekt przebywania w Limbo. Teraz to z niej wylewały się wspomnienia? Bo to było jej wspomnienie, prawda? Nie czyjeś obce?
- Cholera jasna. Chyba znowu… – teraz spojrzała na Sauriela, który wydawał się być równie skołowany co ona. Robiła coś dziwnego? Przestraszyła go? - Czy ja coś… – rozmawiali o tym, mówiła mu co się z nią dzieje, więc gdzieś tam z tyłu głowy miał, że być może trzeba będzie przypilnować, żeby po raz kolejny nie zrobiła czegoś równie głupiego jak nagła wycieczkę na Nokturn. W środku nocy i swojego dyżuru.
Zapałka jednak była bardzo kiepskim źródłem do ogrzania się – wytwarzała tak mało ciepła i tak szybko gasła… nic dziwnego, że duch dziewczynki, pomimo ciepłego mruczka przy sobie, wyciągnęła kolejna zapałkę z pudełka. Chciała troszkę dłużej poczuć ciepło na twarzy… ciepło, którego nie dane jej było przecież czuć. Szybko zapaliła kolejną zapałkę, a Victoria syknęła z bólu.
- Moja głowa – wymamrotała jeszcze.
Słońce grzało jej twarz, a wiatr lekko bawił się kosmykami włosów, które uwolniły się z warkocza francuskiego, którego ogon zwisał jej przez ramię, kiedy Strzałka pojawiła się przed nią, by powiedzieć – jak zwykle jąkając się – że matka czegoś pilnie od niej chce. Westchnęła, spojrzała na słońce, uklepała kilka razy ziemię w miejscu, którym właśnie się zajmowała i wstała, zabierając ze sobą różdżkę. Oczy na moment zatrzymały się na ogrodzie z tyłu domu, gdzie kwiaty już naprawdę zaczynały pięknie rosnąć, zaklęciem wyczyściła swoje dłonie i ubranie, i ruszyła do posiadłości.
Tam już na nią czekali. Ojciec popijał właśnie swoją popołudniową kawę, a matka herbatę (oboje wyglądali bardzo podobnie do swoich obecnych wersji).
- Siadaj – to matka zaprosiła ją do stołu, ojciec nawet na nią nie spojrzał. Dopiero kiedy usiadła, kobieta kontynuowała. - Za cztery dni odwiedzi nas Violetta Rosier z synem. Masz być wtedy w domu, gotowa i uśmiechnięta. Założysz tę bordową sukienkę, którą jakiś czas temu ci przyniosłam, żadną inną, bo uszyła ją dla ciebie Violetta – kobieta tylko na moment spojrzała na córkę, bardziej skupiając się na porcelanowej filiżance, z której piła herbatę. - Jakieś pytania?
- Tylko jedno. O co chodzi? – to był głos Victorii i słychać w nim było pełne niezrozumienie sytuacji. Poruszyła się niespokojnie na swoim krześle.
- Postanowiliśmy wydać cię za syna mojej drogiej Violetty – odparła spokojnie Isabella. - To będą od razu zaręczyny, dlatego nie ma mowy o innym terminie.
- To jakiś żart? – w jej głosie dosłyszeć można było pierwsze nuty nerwów. Spojrzenie córki ulokowało się teraz na profilu milczącego dotąd mężczyzny, który chrząknął krótko.
- Tak jak powiedziała Bella, kwiatuszku – odezwał się i spojrzenie wróciło do kobiety.
- A-ale… Ale ja go nawet nie znam! Nie wiem nawet jak ma na imię i- – ściągnęła dłonie ze stołu, by nerwowo spleść je ze sobą na swoich udach.
- Drake – kobieta wpadła jej w słowo co skutecznie zamknęło buzię Victorii. Ale tylko na chwilę.
- I tyle? Nie obchodzi was czy go w ogóle polubię? Ani czy on polubi mnie? Myślałam, że wcześniej chociaż będę mogła… – nie dokończyła.
- Nie masz go znać, tylko spełnić swój obowiązek. Nie histeryzuj, jesteś Lestrange – zbierające w oczach łzy złości nie robiły na niej żadnego wrażenia. - Masz dwa zadania. Wyjść za mąż i urodzić dziecko, najlepiej syna. A Rosier nie jest wcale najbrzydszy.
Po tym nastała mocno niezręczna cisza, w trakcie której, Victoria po prostu bez słowa wstała i zaczęła iść przed siebie.
Zapałka zgasła. A Victoria nie miała pojęcia dlaczego tak łapczywie łapie powietrze. Zupełnie jakby go wstrzymywała przez kilka ostatnich chwil, na nowo przeżywając chwilę, kiedy rodzina faktycznie "sprzedała" ją niczym klacz rozpłodową. Z Saurielem było inaczej – oni przynajmniej mieli okazję się poznać nim zmuszono ich do zaręczyn.
- Cholera jasna. Chyba znowu… – teraz spojrzała na Sauriela, który wydawał się być równie skołowany co ona. Robiła coś dziwnego? Przestraszyła go? - Czy ja coś… – rozmawiali o tym, mówiła mu co się z nią dzieje, więc gdzieś tam z tyłu głowy miał, że być może trzeba będzie przypilnować, żeby po raz kolejny nie zrobiła czegoś równie głupiego jak nagła wycieczkę na Nokturn. W środku nocy i swojego dyżuru.
Zapałka jednak była bardzo kiepskim źródłem do ogrzania się – wytwarzała tak mało ciepła i tak szybko gasła… nic dziwnego, że duch dziewczynki, pomimo ciepłego mruczka przy sobie, wyciągnęła kolejna zapałkę z pudełka. Chciała troszkę dłużej poczuć ciepło na twarzy… ciepło, którego nie dane jej było przecież czuć. Szybko zapaliła kolejną zapałkę, a Victoria syknęła z bólu.
- Moja głowa – wymamrotała jeszcze.
Słońce grzało jej twarz, a wiatr lekko bawił się kosmykami włosów, które uwolniły się z warkocza francuskiego, którego ogon zwisał jej przez ramię, kiedy Strzałka pojawiła się przed nią, by powiedzieć – jak zwykle jąkając się – że matka czegoś pilnie od niej chce. Westchnęła, spojrzała na słońce, uklepała kilka razy ziemię w miejscu, którym właśnie się zajmowała i wstała, zabierając ze sobą różdżkę. Oczy na moment zatrzymały się na ogrodzie z tyłu domu, gdzie kwiaty już naprawdę zaczynały pięknie rosnąć, zaklęciem wyczyściła swoje dłonie i ubranie, i ruszyła do posiadłości.
Tam już na nią czekali. Ojciec popijał właśnie swoją popołudniową kawę, a matka herbatę (oboje wyglądali bardzo podobnie do swoich obecnych wersji).
- Siadaj – to matka zaprosiła ją do stołu, ojciec nawet na nią nie spojrzał. Dopiero kiedy usiadła, kobieta kontynuowała. - Za cztery dni odwiedzi nas Violetta Rosier z synem. Masz być wtedy w domu, gotowa i uśmiechnięta. Założysz tę bordową sukienkę, którą jakiś czas temu ci przyniosłam, żadną inną, bo uszyła ją dla ciebie Violetta – kobieta tylko na moment spojrzała na córkę, bardziej skupiając się na porcelanowej filiżance, z której piła herbatę. - Jakieś pytania?
- Tylko jedno. O co chodzi? – to był głos Victorii i słychać w nim było pełne niezrozumienie sytuacji. Poruszyła się niespokojnie na swoim krześle.
- Postanowiliśmy wydać cię za syna mojej drogiej Violetty – odparła spokojnie Isabella. - To będą od razu zaręczyny, dlatego nie ma mowy o innym terminie.
- To jakiś żart? – w jej głosie dosłyszeć można było pierwsze nuty nerwów. Spojrzenie córki ulokowało się teraz na profilu milczącego dotąd mężczyzny, który chrząknął krótko.
- Tak jak powiedziała Bella, kwiatuszku – odezwał się i spojrzenie wróciło do kobiety.
- A-ale… Ale ja go nawet nie znam! Nie wiem nawet jak ma na imię i- – ściągnęła dłonie ze stołu, by nerwowo spleść je ze sobą na swoich udach.
- Drake – kobieta wpadła jej w słowo co skutecznie zamknęło buzię Victorii. Ale tylko na chwilę.
- I tyle? Nie obchodzi was czy go w ogóle polubię? Ani czy on polubi mnie? Myślałam, że wcześniej chociaż będę mogła… – nie dokończyła.
- Nie masz go znać, tylko spełnić swój obowiązek. Nie histeryzuj, jesteś Lestrange – zbierające w oczach łzy złości nie robiły na niej żadnego wrażenia. - Masz dwa zadania. Wyjść za mąż i urodzić dziecko, najlepiej syna. A Rosier nie jest wcale najbrzydszy.
Po tym nastała mocno niezręczna cisza, w trakcie której, Victoria po prostu bez słowa wstała i zaczęła iść przed siebie.
Zapałka zgasła. A Victoria nie miała pojęcia dlaczego tak łapczywie łapie powietrze. Zupełnie jakby go wstrzymywała przez kilka ostatnich chwil, na nowo przeżywając chwilę, kiedy rodzina faktycznie "sprzedała" ją niczym klacz rozpłodową. Z Saurielem było inaczej – oni przynajmniej mieli okazję się poznać nim zmuszono ich do zaręczyn.