Nie dopytywała, dlaczego Lucy całą noc spędziła w domu, poza Polaną. Gdyby okoliczności były spokojniejsze i bardziej sprzyjające rozmyślaniu na takie rzeczy, na pewno w końcu (i to prędzej niż później) nasunęłoby się pytanie, na które odpowiedź chciałaby poznać. Czy Lucy nie wiedziała, co szykuje się tej nocy na Polanie? W tej chwili jednak najważniejsze było dla niej to, że starsza siostra stała przed nią w całej okazałości, zdrowa, bez oznaki jakichkolwiek ran lub otarć.
Z trudem powstrzymała łzy ulgi, jakie zaszkliły jej oczy. Jej śmiech, krótki i nieadekwatny do sytuacji również był efektem ulgi.
- Wiesz co tu się działo..? - zaczęła. Pomimo zmęczenia, musiała opowiedzieć siostrze wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami. - Przyszliśmy na sabat, jak zawsze. Wiesz, że w tym roku spędziłam do z Samim? Na pewno wiesz, na pewno Ci mówiłam. Tym Carrowem z Doliny, na pewno go kojarzysz... - kiedy mówiła o blondynie, nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Wyglądało na to, że sabat niesamowicie ich do siebie zbliżył, a ona niczym ślepiec we mgle nie widziała wcześniej tego, jak bardzo go lubi. - W każdym razie wszystko szło naprawdę perfekcyjnie, to była wymarzona randka, udało mi się zrobić wianek, a Sami za pierwszym razem, bez najmniejszego problemu wszedł na pal... wyobrażasz to sobie? Czułam się jak bohaterka romansu! - jej oczy nienaturalnie błyszczały, gdy o tym mówiła, a policzki zalały się czerwienią. Odchrząknęła. - Nasz taniec został przerwany, bo musieliśmy ratować Jackie przed Stanleyem pod wpływem amortencji... na szczęście ratunek się powiódł, chociaż omal nie zakończył się bójką Samiego ze Stanem. A potem... - urwała. Rozejrzała się, jakby upewniała się, że nikt ich nie podsłuchuje. - A potem... pojawiło się światło. Światło, jakie promieniowało z ziemi. Chaos. Gdyby nie Alastor, zostałabym stratowana przez uciekających w panice ludzi. Pojawiły się zamaskowane, zakapturzone postacie. Próbowały przeszkodzić nam w rozproszeniu tego nienaturalnego światła. Koleżanka Pani Moody została dotkliwie poparzona, Erik ma poparzone dłonie, a Julek próbował ratować swoją koleżankę i zaklęcie odbudowujące tkanki miało odwrotny efekt na jego rękach...- wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. Niektóre informacje były bardziej istotne, inne kompletnie nieważne - ona jednak, w emocjach, nie rozróżniała tych, które naprawdę mogły zainteresować jej siostrę. Machnęła dłonią w kierunku polany. - A teraz dzieje się to, co widzisz.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final