Wiedziała i nie wiedziała, kim jest Edwin. Już otworzyła buzię, by Saurielowi wyjaśnić i wtedy zorientowała się, że nie ma zielonego pojęcia co powiedzieć, bo nie zna żadnego takiego Edwina.
Więc czemu był w jej myślach? Nic o nim nie wiedziała. Ale to uczucie, ta miłość w sercu – to przecież nie mogło być fałszywe. Ale jak można coś takiego czuć do kogoś, o istnieniu kogo nawet się nie wiedziało. To było… Tak trudne do wyjaśnienia. Gdyby Victoria próbowała to komuś wytłumaczyć, to miała wrażenie, że by poległa. Czuła mętlik w głowie i w sercu i jednocześnie wiedziała, że tutaj nie pasuje tak wiele rzeczy. Przecież nie miała żadnego ukochanego, starannie nie pozwalała sobie na żadne takie uczucia do nikogo, bo przyniosłyby tylko katastrofę i zupełnie niepotrzebny jej w życiu dodatkowy dramat. Na Matkę, przecież była właśnie w towarzystwie swojego narzeczonego, przecież nie wywinęłaby mu żadnego numeru z nagle objawionym ukochanym.
- Ja… - zaczęła i zrezygnowała po pierwszym słowie, skrzywiła się wyrażnie. Czarownicy ewidentnie brakowało słów, by wyrazić swoje myśli. To uczucie skołowania… Nienawidziła tego.
Czy to mogło być wspomnienie innej osoby? Czy Brenna miała rację?
Musiała mieć, bo inaczej to się nie kleiło kupy. Więc ta osoba miała ukochanego Edwina. Ale dlaczego zwracając się do niej… nazwał ją… Victorią?
To ją wytrącało z równowagi.
- No nie wiem – odpowiedziała bez sensu. - A co widziałeś? Nie wiem co widziałeś. Nie wiem czy też widziałam to samo. Ale coś widziałam, tak – wyrzuciła w końcu z siebie, patrząc na Sauriela niemalże z jakimś… jakimś takim szaleństwem w oczach. Ale przecież nie była szalona. Po prostu… Wydarzyło się tutaj coś, co zupełnie wymykało jej się z jakiegokolwiek rozumowania.
Dała mu czas. Po prostu stała w miejscu, i kiedy Sauriel próbował jakos się zorientować w sytuacji – próbowała i ona.
- Co? – wyrwał ją z zamyślenia. Ale skutecznie. I dobrze. Bo ciemne oczy na nowo szukały z nim kontaktu. - Ta-tak, trzymam się. Nic mi nie jest… tak sądzę – przejechała dłońmi po swoich plecach i pupie – nie, nic ją nie bolało. Może oprócz głowy, którą jeszcze przed chwilą rozsadzał okropny ból. Kiwnęła głową, kiedy Rookwood zarządził odwrót i złapał ją za ramię – nawet nie próbowała się wyrywać. Wręcz wolała do niego przylgnąć, zbyt przerażona tym, że znowu traci nad sobą kontrolę.