W zasadzie to cieszyła się, że nie jest teraz sama, a z Saurielem. Przede wszystkim naprawdę mocno bolała ją teraz głowa. Mogła się też trzymać Sauriela i złapać równowagę – głównie psychiczną, bo to z tą był teraz problem, nie z ciałem czy jego odruchami. Więc trzymała się Rookwooda, kiedy tak szybszym krokiem szli Pokątną – prosto do jej mieszkania, bo było w tym momencie najbliższą i zdecydowanie najwygodniejszą opcją. Tam też będą całkowicie sami, nikt nie będzie im przeszkadzać, nikt nie będzie podsłuchiwać.
Machnięciem różdżki zapaliła światła w mieszkaniu, kiedy do niego weszli – a dokładniej do salonu. I również jednym machnięciem zasłoniła okna, po co ktokolwiek miał możliwość tutaj w ogóle zerkać, kiedy tu byli?
Mogła mieć nawet kilka mieszkań i nie zrobiłoby to na niej żadnego wrażenia. Nie miała ich za to, bo nie widziała potrzeby. Ta jedna kamienica jaką kiedyś kupiła, w zupełności jej wystarczała – lokalizacja była naprawdę bardzo dobra, w Londynie w końcu naprawdę dużo się działo i jednocześnie Victoria o niej właściwie nikomu nie mówiła, bo po co, skoro tam nie mieszkała na stałe. W pewnym sensie można było o tym miejscu pomyśleć, jak o jakimś azylu.
- Pomiziałeś kotka – przypomniała mu, chcąc podkreślić, że przecież to nie tak, że nic z tego nie miał i że to pomaganie obsmarkanemu smarkaczowi przyniosło mu coś naprawdę miłego. Victorii też – miała niezłe widoki.
- Hmm… Bałam się, że przyczepi się tak jak tamte dwa duchy… - tamte dwa – znaczy piła do małżeństwa duchów, które spotkali na cmentarzu i nie zniknęli póki nie skończyli gadać i się kłócić ze sobą. - Że będzie za nami łazić, póki nie zrobimy czego chce – więc kto normalny pomaga duchom? Ten, kto chce mieć święty spokój, a ten sobie Victoria bardzo ceniła akurat. - I najwyraźniej zniknęła, jak już się pobawiła – skrzywiła się wyraźnie. Victoria była akurat przekonana, że ten rozsadzający ból głowy i wspomnienia, które migały jej przed oczyma, rozgrywane na nowo, to była sprawka ducha – skoro trzy razy stało się dokładnie to samo po zapaleniu zapałki… - Albo po prostu się ogrzała, a ja mam paranoję – bo druga sprawa, to sam ogień… Płomień, w który spojrzała – jak wtedy na Beltane, kiedy doświadczyła… wizji. Czy czegoś. - Och… - to było jedyne, co jej się wyrwało, gdy Sauriel przyznał, że widział… jej wspomnienia. Sądziła, że tylko ona tego doświadczyła, ale dlaczego w takim razie Sauriel siedział na ziemi? Potem pomyślała, że może też coś widział – ale może swoje wspomnienia… Ale teraz… Teraz już nie miała co się łudzić. Zmieszana odwróciła wzrok, zupełnie nie gotowa na rewelację o tym, że widział jej wspomnienia. Że widział te momenty z jej życia, o których sama z siebie nie powiedziałaby na głos, bo… wstydziła się ich. Nie że sama zrobiła coś złego, ale… stawiały ją w roli przedmiotu tylko i wyłącznie. - No to… Doświadczyliśmy w takim razie tego samego. Bo ja też to widziałam – wzięła głęboki wdech i równie głośno wypuściła powietrze z ust, nadal na niego nie patrząc. A usiadła tuż obok i teraz mocno ściskała swoje splecione ze sobą dłonie. - Ale to ostatnie – zaczęła ostrożnie. - Wydaje mi się, tak sądzę, że to nie było moje. Znaczy… Nie mogło być. Ja nie… Nie znam nikogo o tym imieniu, nie jeżdżę konno bo po co – wymamrotała. - Nie kojarzę też służby innej niż skrzaty, może oprócz ogrodnika, którego odprawiliśmy… - potarła swój policzek, nieco nerwowo. - Ale nie miał na imię Philip – no i nie miała żadnego ukochanego, to na pewno. Nie przypominała sobie – a chyba by o tym nie zapomniała? Czemu mu się tłumaczyła? Czuła, że powinna, że jest mu to winna.
Odwróciła się do Sauriela, kiedy zobaczyła wyciągniętą w jej kierunku rękę z lizakiem. Kobieta najpierw spojrzała na kwiatek, potem na Sauriela… Nie było w niej złości, że się połamał, było raczej po prostu zaskoczenie, bo nie sądziła, ze to było dla niej. Zaraz go jednak wzięła w ręce i położywszy go na swoich udach, uśmiechnęła się.