27.07.2023, 09:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.07.2023, 22:36 przez Victoria Lestrange.)
- Nie. Jestem realistką – czy ona wyglądała jak wulkan pozytywnej energii? W ogóle jakiejkolwiek energii? W ogóle jak wulkan? Nie. Była jedną z tych spokojnych, często cichych osób, o ile nie miały nic do powiedzenia. Wolała stanąć z boku, przeanalizować sytuację i dopiero mówić o swoich wnioskach. Ale przy tym na pewno też nie przejawiała pesymistycznych myśli, nie wylewała ich na zewnątrz. Właściwie to zawsze starała się znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie na sprawy, które otaczały ją i jej bliskich. Bałagan zaczynał się tam, gdzie tego wyjaśnienia znaleźć nie potrafiła. - Duchy mnie chyba lubią… albo po prostu nas. Trzy spotkania rozciągnięte na dwa miesiące to całkiem dużo – cmentarz, posiadłość po środku niczego i teraz to. Duchy. Dużo duchów. - Ale to chyba jednak ja – bo było jeszcze Limbo i kolejny… nie, to nie był duch. To była… dusza? Może te duchy chciały jej coś powiedzieć. Żeby żyła tak, by nie mieć żadnych niedokończonych spraw, żadnych żali – bo skończy jak one? Westchnęła.
- Nie – zmarszczyła brwi. Zaręczyny czy ślub – jaka to była różnica dla osoby, która nie chce i jest zmuszana? Jedno i drugie mogło znaczyć niewiele, być jedynie środkiem do tego, by rodzina się odpierniczyła. Można było mówić jedno a na boku i tak uciekać do kogo innego. Tym niemniej, Victoria… nie wiedziała na jaki sposób do Sauriela była przywiązana. Przyjęła "jego" pierscionek, i to było takie… jednocześnie byli i nie byli w związku. To było trudne do objęcia myślami. Inaczej – byli, ale nie emocjonalnie. Ale Victoria była na tyle porządną czarownicą, że nie robiłaby niczego takiego na boku, bo tak jak nie chciała być w ten sposób traktowana, tak nie chciała tak traktować drugiej osoby. I tworzyłoby to tylko i wyłącznie rozłam w sercu i ból. Rozmowa zatoczyła koło, bo gdy na zaręczynach Sauriel opowiadał jej o Norze i gadającym kocie, powiedział jej wtedy, że nie ma żadnego romansu – a tak właśnie pomyślała po sposobie w jaki o niej mówił. Aranżowane małżeństwa i uczucia ulokowane gdzie indziej to zawsze był problem. Victoria jednak nie uważała się za smutną kobietę. Czasami miała momenty słabości, kiedy sama siebie pytała przed czym tak się wzbrania ale potem sobie przypominała i… no. Tak było lepiej. Dla wszystkich. Nie angażować się w coś, co i tak miało się skończyć bo rodzina dokona innego wyboru i wciśnie ją w objęcia innego mężczyzny. Ten mężczyzna siedział teraz obok. - Tak. I chyba… układają się w jakąś historię. To jest tak jakby przypominały mi się różne rzeczy, o których akurat zapomniałam. Dla mnie to subtelne, ale Brenna od razu połapała się, że coś jest nie tak. Tak jak ty się połapałeś – Victoria znowu głośniej odetchnęła. - Nie lubię myśli, że ktoś może mi grzebać w głowie, głównie dlatego nauczyłam się oklumencji. Ale ona też nic nie daje. Jakby.. jakby to było tam od zawsze. W Limbo też się pilnowałam i nawet nie poczułam, żeby ktoś próbował coś majstrować – w ogóle tego nie czuła, przez całe Beltane, a było jak było. - W Limbo… spotkałam moją babcię – powiedziała w końcu. - Namawiała mnie żebym tam została i poczekała z nią na innych. Dotknęła mnie nawet. Chciała mnie tam zatrzymać i wtedy się… – wtedy poczuła energię. Krążący wir, wspomnienie – czerwony kamień, radość i jakiegoś mężczyznę. - Wtedy… – zawahała się i zmarszczyła brwi. Brenna mówiła, że to kogo tam spotkała, może być wskazówką odnośnie tego, czyje wspomnienia ogląda. To była wskazówka. I jednocześnie nie miało to sensu. Jej babcia umarła ze starości, nawet tam w Limbo zobaczyła staruszkę opierającą się o lasce… a tutaj… Sauriel mówił o wampirzycy. - Ooooo kurwa – wymamrotała i podparła głowę na czole dłonią, po chwili jednak wstała i zaczęła krążyć tam i z powrotem przed kanapą. - Ooo… ale to jest spierdolone. Jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że to wspomnienia mojej babci. Ale to nie ma sensu, w Limbo widziałam ją jako staruszkę, chodziła o lasce zresztą tak ją pamiętam – krążyła dalej. - Myślisz, że..? Nie no. Nie no. Bez sensu. Ale może…? – ten przedmiot… ten przedmiot który był dla niej taki ważny – Victoria miała wrażenie że to był klucz żeby zrozumieć o co tutaj chodzi. Ten przedmiot. Przez który wylądowała na Nokturnie. Który ktoś zabrał. Który zabrała jej matka? Ale matka kogo? Matka wampirzycy? Znowu rozbolała ją głowa, bo nie umiała sobie przypomnieć.
Nawiedziła ją ta szalona myśl: czy jednak wampiryzm dało się jakoś odwrócić?
- Wydaje mi się… że moje i jej wspomnienia się jakoś.. jakoś połączyły. Tam w Limbo też zobaczyłam coś dziwnego – powiedziała po chwili wyjaśniając swój tok myślenia a przynajmniej jego część. Czuła się wtedy jakby uchodziło z niej życie, jakby wciągało ja coś, miała tam zostać a ona tak bardzo nie chciała – przecież miała po co żyć! Więc walczyła i wtedy… czy to był ten moment? Pasażer na gapę? - Zawsze przypominało mi się dużo pozornie niepowiązanych rzeczy – powiedziała na swoją obronę. Victoria naprawdę... Czasami miała milion myśli na minutę. Głównie dlatego była taka ciekawa wszystkiego. Albo raczej to przez własną ciekawość?
Uśmiechnęła się do niego kiedy powiedział to ostatnie. Nie miała go za złego faceta. I wiedziała, że się stara – no do cholery, przylazil prawie codziennie i wiedziała, że się o nią martwi. Tylko może niekoniecznie umiał to odpowiednio okazać.
- Dzięki – znowu wzięła do ręki różdżkę, by dotknąć zapakowany lizak i poskładać go do kupy.
- Nie – zmarszczyła brwi. Zaręczyny czy ślub – jaka to była różnica dla osoby, która nie chce i jest zmuszana? Jedno i drugie mogło znaczyć niewiele, być jedynie środkiem do tego, by rodzina się odpierniczyła. Można było mówić jedno a na boku i tak uciekać do kogo innego. Tym niemniej, Victoria… nie wiedziała na jaki sposób do Sauriela była przywiązana. Przyjęła "jego" pierscionek, i to było takie… jednocześnie byli i nie byli w związku. To było trudne do objęcia myślami. Inaczej – byli, ale nie emocjonalnie. Ale Victoria była na tyle porządną czarownicą, że nie robiłaby niczego takiego na boku, bo tak jak nie chciała być w ten sposób traktowana, tak nie chciała tak traktować drugiej osoby. I tworzyłoby to tylko i wyłącznie rozłam w sercu i ból. Rozmowa zatoczyła koło, bo gdy na zaręczynach Sauriel opowiadał jej o Norze i gadającym kocie, powiedział jej wtedy, że nie ma żadnego romansu – a tak właśnie pomyślała po sposobie w jaki o niej mówił. Aranżowane małżeństwa i uczucia ulokowane gdzie indziej to zawsze był problem. Victoria jednak nie uważała się za smutną kobietę. Czasami miała momenty słabości, kiedy sama siebie pytała przed czym tak się wzbrania ale potem sobie przypominała i… no. Tak było lepiej. Dla wszystkich. Nie angażować się w coś, co i tak miało się skończyć bo rodzina dokona innego wyboru i wciśnie ją w objęcia innego mężczyzny. Ten mężczyzna siedział teraz obok. - Tak. I chyba… układają się w jakąś historię. To jest tak jakby przypominały mi się różne rzeczy, o których akurat zapomniałam. Dla mnie to subtelne, ale Brenna od razu połapała się, że coś jest nie tak. Tak jak ty się połapałeś – Victoria znowu głośniej odetchnęła. - Nie lubię myśli, że ktoś może mi grzebać w głowie, głównie dlatego nauczyłam się oklumencji. Ale ona też nic nie daje. Jakby.. jakby to było tam od zawsze. W Limbo też się pilnowałam i nawet nie poczułam, żeby ktoś próbował coś majstrować – w ogóle tego nie czuła, przez całe Beltane, a było jak było. - W Limbo… spotkałam moją babcię – powiedziała w końcu. - Namawiała mnie żebym tam została i poczekała z nią na innych. Dotknęła mnie nawet. Chciała mnie tam zatrzymać i wtedy się… – wtedy poczuła energię. Krążący wir, wspomnienie – czerwony kamień, radość i jakiegoś mężczyznę. - Wtedy… – zawahała się i zmarszczyła brwi. Brenna mówiła, że to kogo tam spotkała, może być wskazówką odnośnie tego, czyje wspomnienia ogląda. To była wskazówka. I jednocześnie nie miało to sensu. Jej babcia umarła ze starości, nawet tam w Limbo zobaczyła staruszkę opierającą się o lasce… a tutaj… Sauriel mówił o wampirzycy. - Ooooo kurwa – wymamrotała i podparła głowę na czole dłonią, po chwili jednak wstała i zaczęła krążyć tam i z powrotem przed kanapą. - Ooo… ale to jest spierdolone. Jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że to wspomnienia mojej babci. Ale to nie ma sensu, w Limbo widziałam ją jako staruszkę, chodziła o lasce zresztą tak ją pamiętam – krążyła dalej. - Myślisz, że..? Nie no. Nie no. Bez sensu. Ale może…? – ten przedmiot… ten przedmiot który był dla niej taki ważny – Victoria miała wrażenie że to był klucz żeby zrozumieć o co tutaj chodzi. Ten przedmiot. Przez który wylądowała na Nokturnie. Który ktoś zabrał. Który zabrała jej matka? Ale matka kogo? Matka wampirzycy? Znowu rozbolała ją głowa, bo nie umiała sobie przypomnieć.
Nawiedziła ją ta szalona myśl: czy jednak wampiryzm dało się jakoś odwrócić?
- Wydaje mi się… że moje i jej wspomnienia się jakoś.. jakoś połączyły. Tam w Limbo też zobaczyłam coś dziwnego – powiedziała po chwili wyjaśniając swój tok myślenia a przynajmniej jego część. Czuła się wtedy jakby uchodziło z niej życie, jakby wciągało ja coś, miała tam zostać a ona tak bardzo nie chciała – przecież miała po co żyć! Więc walczyła i wtedy… czy to był ten moment? Pasażer na gapę? - Zawsze przypominało mi się dużo pozornie niepowiązanych rzeczy – powiedziała na swoją obronę. Victoria naprawdę... Czasami miała milion myśli na minutę. Głównie dlatego była taka ciekawa wszystkiego. Albo raczej to przez własną ciekawość?
Uśmiechnęła się do niego kiedy powiedział to ostatnie. Nie miała go za złego faceta. I wiedziała, że się stara – no do cholery, przylazil prawie codziennie i wiedziała, że się o nią martwi. Tylko może niekoniecznie umiał to odpowiednio okazać.
- Dzięki – znowu wzięła do ręki różdżkę, by dotknąć zapakowany lizak i poskładać go do kupy.