Głaskanie kota w tamtej sytuacji było po prostu stwierdzeniem faktu. Nie optymizmem, nie pesymizmem – po prostu tak było i przecież było pozytywnym doznaniem. Nic więcej.
- Problemy… Problem miałam z tym dzisiejszym. I tym w tym pieprzniętym domu – o, to był problem. Bo tamten „żart” nie był przyjemny. Pomijając już to, jak ona się czuła będąc tam i patrząc co robi Sauriel ku własnej uciesze, ale problem to się zaczął wtedy, gdy dom okazał się ruderą a był poranek i Sauriel musiał siedzieć w jakimś kącie uciekając przed promieniami słońca. To był problem. Para na cmentarzu to było… Bzdurka. - Cokolwiek sugerujesz, to nie masz racji – wyłapała sugestię. Czarny kot co przynosi pecha, bla bla. Gówno prawda. Zupełnie się z tym nie zgadzała. Prawdą jednak było, że się uzupełniali, tam gdzie jedno z nich miało braki, drugie radziło sobie całkiem nieźle i właściwie było to widać, kiedy chwilę się porozmawiało z obojgiem z nich w komplecie.
Gdyby miała przy sobie numer Proroka Codziennego, to strzeliłaby nim Sauriela w łeb. Nie za to, że wyciąga papierosa w jej salonie, a za słowa, które powiedział. I nie mocno, tylko na tyle, by zaznaczyć, że głupio gada. W zasadzie to miał rację, ale mógł to powiedzieć ładniej, mniej nieprzyzwoicie. Zamiast tego po prostu się zatrzymała i spiorunowała go wzrokiem.
- Tam od razu podnieciła – nie, nie podnieciła, to na pewno nie było słowo, którego by użyła i który oznaczałby stan faktyczny sytuacji. - Jeśli był, to znaczy, że można to zrobić. Jeśli był i jeśli to właśnie to. Ale nie wiem. Nie umiem sobie przypomnieć. Jak byłam na Nokturnie… Wiem, że byłam w dobrym miejscu i jednocześnie go nie poznawałam, jakby zmieniło się zbyt dużo rzeczy odkąd byłam tam ostatnio – skrzywiła się. - I widziałam też pomieszczenie w domu, raczej takie… w starym stylu – przynajmniej to było spójne. Nie całkowicie z dupy. Rozumiała skąd tutaj pesymizm Sauriela, sama przecież też nie była pewna. Za to nie wydawało jej się, by to było oszukane wspomnienie. Chyba, że było oszukane już u osoby, od której pochodziło – nie miała tego poczucia, że to na jej głowie robiono eksperyment. Nie umiała tego wyjaśnić, tego co wydarzyło się w Limbo, ale w jakiś sposób… Biorąc pod uwagę, że były tam jeszcze dwie osoby, z czego Mavelle zareagowała… Zareagowała jakby nie wierzyła – to mówiło jej, że to nie może być ściema. Nie taka. No i… Jeszcze to co słyszeli wcześniej, a co jak podejrzewała Victoria, mówiła do nich Matka. O próbach. I ze jeśli przejdą je zbyt dobrze, to mogą stracić połączenie z tym co żywe… - Za co mi dziękujesz? – no właśnie. I nawet nie udawała, że jest zaskoczona, bo rzeczywiście zdziwiło ją to, co powiedział. Przecież nic nie zrobiła. - Popytam… Popytam o nią w domu. Może się dowiem trochę więcej – tak dla spokoju, żeby wykluczyć albo potwierdzić jaką osobą była jej babcia.
- Kiedyś nie. Po prostu przychodziło mi do głowy mnóstwo rzeczy i nie wszystko nadaje się do wypowiedzenia na głos – bo nie wypada, bo po dłuższym namyśle to jednak głupie. Miała na przykład mnóstwo pytań do Sauriela dotyczących wampiryzmu bo interesowało ją dużo rzeczy, ale nie zadawała ich, bo nie chciała być natrętna. - Ale po tamtym… Zaczęłam pisać pamiętnik – po tamtym czyli po tym dziwacznym wyskoku na Nokturn. - Tak, mam. Dziwie się, że nie połapałam się wtedy gdzie jesteśmy, ale teraz to takie jasne, że to było Limbo. Cykl. Ciągle coś przypominało o cyklu, o wracaniu do niego. Łatwo było rozróżnić tych, którzy tam wtargnęli nieproszeni od tych, którzy są tam, bo tam jest ich miejsce – Matka – naprawdę sądziła, że to było jej ciało, tak szybko porastało mchem i roślinami. Wróciło do cyklu, by stać się jego częścią. Nie – ona była jego częścią cały czas. Matka była cyklem. Tak teraz myślała Victoria. - Jestem pewna, że to była babcia, a raczej jej dusza – było kilka teorii co dzieje się, gdy czarodziej umrze. Ale Victoria już teraz wiedziała, która z nich jest prawdziwa. I nic dziwnego, że ludzie z kowenu tak się interesowali ich przypadkiem. - Wrażenie tam… Coś czaiło się w mroku. Ale ona z niego nie wyszła. Była płomieniem, czymś jasnym – a Voldemort później z tego ognia czerpał. Nie, Victoria była pewna. Ale tego o Voldemorcie nie powinna mu mówić.