Wiadomość o tym, że Derwin Longbottom zginął na Beltane była kolejną z tych bardzo złych. Victoria nie od razu wróciła do pracy, a gdy już pojawiła się w Ministerstwie i nigdzie go nie spotkała – założyła, że pewnie jest w terenie, tyle przecież pracy mieli. Jakież więc było jej zdziwienie, kiedy dostała sowę. Z naprawdę okropną wiadomością. Derwin był jedną z tych osób, które szkoliły ją przez trzy lata – zdążyła go więc poznać. A na pewno jego humor, który znosiła zwykle z kamienną twarzą, bądź bardzo leciuteńkim uśmiechem.
Do kaplicy weszła w mundurze aurora, w końcu mieli dzisiaj pożegnać kogoś, kto odszedł na służbie. Zupełnie więc nie pasowała do garniturów i sukienek żałobnych członków rodziny Longbottoma, kiedy w butach wiązanych do kolan, pasie z klamrą Ministerstwa, koszulą i marynarką, z bukietem lilii w rękach przeszła na przód budyneczku by złożyć tam kwiaty. Choć była stosunkowo niewysoką i szczupłą kobietą, ciężkie buty zrobiły swoje i pewnie odrobinę uwagi na nią skierowały, choć bardzo się starała stąpać najciszej jak potrafiła. Złożyła więc bukiet przy innych kwiatach, zerknęła przelotnie na urnę i obraz, i wycofała się, nie chcąc teraz podchodzić do córek Derwina, ani do tej najbliższej rodziny – nie był na to odpowiedni czas. Nie stanęła na samym tyle, za to zajęła miejsce gdzieś po środku kaplicy.