Sposób w jaki mężczyzna wykazywał się wobec niej troską był dla niej obcym uczuciem. Nie potrafiła go w tej roli zakwalifikować. Nie potrafiła znieść myśli, że opiekuje się nią ktoś inny, a nie właśnie Godryk. Czuła się jak najgorszy człowiek na ziemi. Dręczyła myśli obcym mężczyzną, a u jej stóp klęczał jej przyjaciel, osoba, z którą miała przeszłość, a której nie potrafiła teraz nawet zakwalifikować w głowie jako kogokolwiek. Stawał się odległy, nieosiągalny, chciała go odpychać, aby nie czuć wyrzutów sumienia, ale im bardziej go odrzucała to czuła tęsknotę, której nie mogła wydobyć ze swojego złamanego serca. Gdy zadeklarował, że jest przy niej czuła, że się zaraz popłacze, ale nie mogła na to pozwolić. Nie chciała przy nim znowu płakać. To była okropna myśl, okropna rzecz, której nie chciała robić.
Klątwołamacz. Osoba, która łamie klątwy. Dlaczego porównał jej miłość do klątwy, dlaczego chciał ją ściągać. Miał jej pomóc, a chciał pozbyć się jej uczuć, chciał je zabić. Rookwood nie mógł być dobry, zawsze był opryskliwy, zawsze starał się ją odpychać, a potem przyciągać, aby za chwilę znowu powiedzieć jej coś opryskliwego. Dlaczego zaufała mu, dlaczego pozwoliła mu wejść do domu? Nie wpuściła go do domu, wszedł sam. Dlaczego wszedł sam do domu. Był włamywaczem? Powinnam wezwać BUMowców? Jej umysł robił karuzelę wokół bezsensownych słów i historii, a Rookwood nie znikał, nadal przed nią stał i patrzył na nią, aż się odezwie.
No właśnie Avelino, potrafiłaś mówić, potrafiłaś używać słów, a to oznaczało, że miałaś głos i język. Ugryzła go dla pewności. Tak, był na miejscu. Gdy na nią krzyknął, a tak odebrała jego słowa o skupieniu się wyrwała się z zamyślenia i spojrzała na niego wracając do rzeczywistości.
– Danielle Longbottom, moja przyjaciółka, ale niedawno zmarł jej tata, nie wiem, czy to dobry pomysł… – spojrzała na niego mętnym wzrokiem, bo znowu przypomniała sobie o odległym, tajemniczym i nieznanym jej Godryku Gryffindorze.