Akurat z ich dwójki… Victoria powiedziałaby, że jak typowa, stereotypowa baba, to zachowuje się Sauriel ze swoimi humorkami, za którymi trzeba było nadążyć i to szybko, inaczej łatwo było się zgubić gdzieś po drodze. To z nim trzeba było się domyślać co jest nie tak, co się powiedziało, zrobiło, że nagle ton i atmosfera rozmowy zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Całkowicie wygodnie było pominąć własne wady, jak to, że Victoria obrażona potrafiła się naprawdę zaprzeć jak osioł i nie odzywać, żeby tylko coś udowodnić – swoją rację głównie i to, że się ją uraziło w jakiś obrazowy sposób. Ja swoją obronę: raczej ostrzegała, że tak zrobi jeśli coś tam. Ale bywało, że tego nie robiła, bo nie spodziewała się pokazu braku szacunku do niej, czy czegokolwiek innego, co potrafiło zapiec ją do żywego. Wychodziła jednak z założenia, że ludziom trzeba tłumaczyć rzeczy bo w większości się nie domyślą. Przyjęła do wiadomości jeszcze w czasach szkolnych, że jej sposób myślenia może wydawać się innym pokrętny, że dryfuje gdzieś w zupełnie inne kierunki, że większość ludzi nie rozumuje tak logicznie jak ona, więc nauczyła się też, że czasami trzeba coś komuś po prostu wyjaśnić. Założyć, że zaszedł inny proces myślowy. Nie robiła tak z każdym, nie starała się uzdrowić świata, ale jednostki, które gdzieś wślizgnęły się do jej życia na stałe, które były dla niej ważniejsze – im tłumaczyła. Zazwyczaj. Chyba, że sama nie znała przyczyny swojej irytacji – albo znała ją, tylko nie chciała jej przed sobą przyznać, bo tak też się działo…
- No gdzie. Częstować się – inaczej zaintonowała tę część zdania, chcąc podkreślić o co chodzi. I tak, częstował się. Ale może naprawdę trzeba było mniejszymi kawałkami… pomału przyzwyczajać delikatną psychikę? - W towarzystwie milej się je – powiedziała po prostu, zupełnie jakby mówiła o pogodzie. Odkąd zrozumiała dlaczego Sauriel na spotkaniach w restauracjach zamawia, ale nic nie je, to przestała zwracać na to uwagę i sama się absolutnie nie hamowała. Ale tak po prawdzie to tutaj chciała mu też sprawić pewną przyjemność, a zgadywała, że ta blokada w umyśle mu utrudnia to (nie)życie. - Zróbmy? – nie zdziwiły ją czekoladki, nie. Zdziwiło ją „zróbmy”. Zdumiała się wyraźnie, przekrzywiła głowę to w jedną to w drugą stronę… Nie była z niej żadna kucharka. Jasne, umiała w eliksiry, była dobra w wykonywania kolejnych kroków przepisów… gdyby zdobyć przepis na czekoladki to może by podołała… - No dobrze, czemu nie? – zapowiedział jej też przecież, że nauczy się piec… pamiętała ten węgielek jaki jej zaprezentował miesiąc temu. - Ale będziesz musiał zdobyć przepis na czekoladki. Bez niego za dużo nie zrobimy oprócz bałaganu w kuchni – znał przecież cukiernika. Może się z nim podzieli jakimś patentem…? Victoria zupełnie zapomniała, że Sauriel chciał ją zabrać do kawiarni Nory.
- Właściwie… to się robi. Miód – stwierdziła, słysząc jak Sauriel wyraźnie oklapł, bo jego wizja na cukier z kwiatków okazała się nieprawdziwa. No… Nie do końca. - Pszczoły potrzebują nektaru z kwiatów. Nie z pomidorów, z kwiatów. I w ulach robią miód. Potem w zależności jakie kwiaty zapylały, miód może mieć nieco inny smak – bardzo to się Sauriel nie pomylił. No i rzecz jasna wchodziły w grę również drzewa z kwiatami na gałęziach… Jak lipa. Akacja. - Sauriel, to są nasiona, a nie jajka. Jajka to składają węże. Albo kury. Ogórki się sieje, a nie wykluwa. To nawet nie jest w kształcie jajek – zmarszczyła brwi, bo zupełnie nie miała pojęcia skąd mu się tu wzięły OGÓRKOWE MAŁE JAJECZKA. To był taki bystry facet, tak inteligentny, że to naprawdę jej się podobało… A potem gadał o małych jajeczkach ogórków. Czar na szczęście nie pryskał.
- Nie dziwi mnie to – nie, nie zobaczyła i nie zweryfikowała po tej wypowiedzi wszystkiego, co myślała na jego temat. Właściwie… to wszystko układało się w spójną całość. Nie była rzecz jasna magimedykiem, nie była psychiatrą – ale była całkiem niezłym analitykiem i obserwatorem. - W sensie… Wiem, że miałeś i masz nadal bardzo złą sytuację w domu i relację z tymi, którzy powinni cię chronić, a nigdy tego nie robili – zaczęła ostrożnie, nie chcąc powiedzieć czegoś niedelikatnie. - Po tym syfie, który przeżyłeś i nadal przeżywasz… Nie wyłączenie odczuwania byłoby jak proszenie się o guza. Mam na myśli… To taki mechanizm obronny – bo jednak… każdy chciał żyć. Każdy o to do któregoś momentu walczył. - Więc mnie to nie dziwi. Po jakimś czasie to codzienność, a rzeczy, które są niepotrzebne po prostu się zapomina, żeby zostawić miejsce na te istotne – nie była żadnym ekspertem. Nie była też przesadnie empatyczna… To po prostu wydawało jej się bardzo logicznym, pragmatycznym działaniem. Czy robiło to z niego kogoś złego? Nie. Raczej potrzebującego. Raczej kogoś, komu trzeba było przypomnieć, że ten świat to nie tylko suma krzywd. - I w drugą stronę myślę że to też może działać.