- Nie sądziłam, że tak chętnie będziesz się pchał do kuchni i to sam – no… kuchnia to nie było jego środowisko naturalne, ale jej też nie. To było królestwo skrzatów domowych, a nie czarodziejów, których było stać na życie w wielkiej posiadłości. Szkoda było jej czasu na stanie nad garami, skoro można go było spożytkować na coś znacznie bardziej frapującego. Jak opieka nad kwiatami. Eliksiry. Kolejne książki. - Sama tam nie pójdę – mogli tam iść jeśli tylko Sauriel miał ochotę, teraz Victorii zaczęło świtać coś, że była już o tym mowa. Ale Beltane zrobiło swoje… Zamieszanie i zawierucha po wszystko popsuła, nie było czasu na takie rzeczy jak wyjście – dzisiaj był pierwszy raz, zupełnie spontanicznie. Wizyta u Cynthii to była jednak zupełnie inna kategoria. - Słuchaj, ja jej nie znam. Nie będę nic od niej wyciągać… - to była jego znajoma, nie jej. A w takich chwilach, gdy kogoś nie znała i nie spotykała się w sprawach biznesowych, to była jednak wycofana. Chłodna. I nie próbowała przekraczać jakiejkolwiek strefy komfortu. - Cynthia chyba coś mówiła jak rozmawialiście? Że może gdzieś z jej bliźniakiem? – podsunęła Saurielowi. - W ogóle nie tak prędko połapałam się, że o tego samego Fergusa chodzi. Cyna mi to uświadomiła, że się znacie z jego powodu – tyle razy słyszała to imię z obu stron, a nie połączyła kropek. - Może wydarzenia Beltane go przytłoczyły – zasugerowała. A jeśli na przykład wypłynął z Castielem, to nic dziwnego, że sowa nie mogła go złapać.
- Nie byłam pewna… Jesteś taki oczytany, a zauważyłam już, że rośliny to zupełnie nie twoje rejony – w zasadzie… to był komplement. Może trochę niezręczny i nieudolny, ale był.
Przyglądała się przez moment w ciszy Saurielowi. „Kwiatuszku”. Chyba faktycznie widział… odczuwał jej wspomnienia. Jej ojciec czasami się tak do niej zwracał – i zwykle to na nią działało. Miał jej pełną uwagę. Teraz też podziałało, bo jej wzrok drgnął, a ona spojrzała chyba jeszcze bardziej miękko na wampira.
- Masz szansę. Tylko od ciebie zależy jak je wykorzystasz – on naprawdę miał szansę. Umarł i się obudził – w nowym, gorszym świecie. Trudniejszym. Ale miał szansę. Większość kończyła tę opowieść po słownie „umarł”. - Zawsze możesz zacząć – uśmiechnęła się leciutko, delikatnie. To prawda, to jak wyglądał krzyczało o tym, kim był. Ale nikt nie mówił, że pozory nie mogą mylić. Nikt nie mówił, że nie można tego odrobinę zmienić… I o odrobinę zmieniać co jakiś czas. - Chociaż pomału. Bo rzucanie się na głęboką wodę może wywołać szok i odwrotny skutek – a w rezultacie się sparzyć. Ale skoro chciał… wystarczyło więc chyba po prostu zrobić gdzieś krok? - Potrzebujesz, żeby cię popchnąć? Czy po prostu żeby cię ktoś łapał, gdybyś się potknął?