Malutki niewypał… Tamto spotkanie było całkiem… Było dziwne. Najpierw duchy, które ciężko było znieść na trzeźwo, później… Później Sauriel trochę pojechał po bandzie, proponował jej „dotykanie ust” bo takie mięciutkie, zasugerował, że przecież jej poprzedni narzeczony na pewno to robił i jeszcze paplał o (nie) dotykaniu jej piersi i że nie patrzy na nią jak na obiekt seksualny. Może we wspomnieniach Sauriela tamto spotkanie było dobrze zapisane, ale Victoria pamiętała głównie końcówkę, gdzie ją obraził i dała mu w twarz.
- Nie, to mnie akurat nie dziwi. Ale Cynthia to żaden aniołek – „Fergus, ale bądź, kim chcesz!” – czy to nie to, co Victoria powiedziała Saurielowi? Że ona ma pieniądze i po ślubie będą też jego, że może robić to co chce w ramach zawodowych, bo pieniądze nie będą żadnym problemem. Uważała, że Sauriel powinien skorzystać z własnej rady, którą sprzedawał… przyjacielowi. - I jak wam to wychowanie wyszło? Ulotnił się – kiepscy z nich byli rodzice chyba – może głównie dlatego, że dziecko było w tym samym wieku co oni i miało swój własny rozum. A poza tym, kiedy rodzic ma z dzieckiem relację tak bardzo przyjacielską, że mogą się sobie zwierzać ze wszystkiego, to coś przestawało grać. Nie było się już tylko figurą wychowawczą. - No ale nadal to żywe stworzenie. Naprawdę upewnij się, że to nie będzie dla niej żaden kłopot… - nie zamierzała pytać skąd wie, bo Sauriel wiedział różne randomowe rzeczy i często były całkowicie absurdalne.
Victoria skrzywiła się wyraźnie.
- Sauriel, zielarstwo jest obowiązkowe od pierwszego do piątego roku – cokolwiek miał na myśli, ona wzięła to akurat z małym przymrużeniem oka i było to absolutnie obrzydliwe. Na bogów, to jeszcze dzieci! A po dalszym stwierdzeniu Sauriela skrzywiła się jeszcze bardziej. Próbowała się od tego zdystansować, ale zdecydowanie to było daleko poza jej strefą komfortu.
Tu nie było co „nie wplątywać”, bo została wplątana i to nie przez niego, a przez swoją rodzinę, która postanowiła, by została częścią rodziny Rookwood. A jak to jest – przychodzisz ze swoim bagażem, ale i ta druga strona dorzuca od siebie. Sauriel mógł więc nie chcieć jej wplątywać w swoje bagno, ale to nie zależało w tym wypadku od niego, nie tak do końca, bo decyzję podjął ktoś wyżej. Zostali wystawieni na szachownicę, ale teraz od nich zależało jakie ruchy wykonają.
- Cokolwiek postanowisz… Możesz na mnie liczyć – no chyba że zacznie się znowu dystansować, to wtedy trudno było o to, by pomóc komuś iść. Victoria jednak uważała, może błędnie, że w jakiś sposób mu na tym zależało – bo inaczej by o tym nie mówił. Sądziła też, że może mieć to jakiś związek z tym, że Brenna zapytała go, czy chce złożyć zawiadomienie o własnej śmierci – że coś to ruszyło w jego głowie, że to nie jest tak, że „tak po prostu jest”, tylko, że można coś z tym zrobić.
- Moja matka ci nic nie zrobi, wręcz myślę, że jest jej na rękę, że spędzam z tobą czas. A poza tym nie mam trzynaście lat, nie muszę wracać do domu przed 21 – parsknęła, ale już zaczynała rozumieć jak to działa – mechanizm ochronny. Sauriel potrzebował przestrzeni dla siebie i wolał się w ten sposób wycofać, by pobyć trochę sam i pomyśleć. Nie zamierzała go tutaj trzymać na siłę. - Dobrej nocy - odparła i też wstała. Nie zamierzała tutaj zostawać na noc.