Tak na dobrą sprawę był ciekaw, jak dobierali pary. I czy w ogóle czymkolwiek się kierowali, czy po prostu - kto pierwszy, ten lepszy? Była tu zasada? Mieli schemat? Pewnie nie. Nawet jeśli Laurent sam miał na to pomysł, jeśli potrzeba ułożenia tego miejsca pchała mu się pod skórę to widział, że robiono tutaj to, co było możliwe. Tak i w braku odpowiedniego dobierania do siebie czarodziei był jakiś tam "plan". Ten plan był banalnie prosty i rozbijał się o podstawę "nie mamy wystarczającej ilości ludzi". Widział, że zaangażowało się sporo osób. Niestety te sporo osób to ciągle było za mało, żeby mówić o organizacji na miarę wsuwania klocków do odpowiednich kształtów. To tylko pozostawiało ten dziwny posmak, że niby "można to zrobić lepiej". Ale wcale nie uważał, że gdyby przyszło mu tym sterować to faktycznie byłoby lepiej. Reakcja Ministerstwa i to, jak szybko pozbierali się tutaj ludzie i tak było imponujące. Pewnie musieli. Przecież Beltane było wielkim świętem. I jednym z mniej lubianych przez Laurenta, bo podsuwało do głowy rzeczy, których wolał nie pokazywać publicznie. Może i brakowało mu do nienagannej reputacji, ale kiedy jesteś półkrwi i pracujesz z czystokrwistymi czarodziejami to czymś musisz nadrabiać. W zasadzie musisz nadrabiać bardzo wieloma rzeczami, żeby wszystko grało. Jak w zegarku. Tak, to miejsce po wielkiej wichurze mogłoby działać jak w zegarku...
Przyglądał się temu, oceniał i pozwalał, żeby dreszcze chłodu zapadającej nocy przebiegły po jego kręgosłupie, pobudzając mimo zmęczenia. Bo był już zmęczony i chyba mógł sobie darować wybieranie się między drzewa. Zostawić to silniejszym, lepszym. Nie wiem, bardziej doświadczonym? Tak funkcjonował ludzki umysł - szukał wymówek. Laurent mógł się bać niektórych ludzi, zastanawiać się, czy chce z nimi przebywać, ale nie bał się lasu. Czego się bał to tego, że w ciemności mogli się właśnie pojawić ludzie, którzy niekoniecznie chcą dać się zatargać do namiotu. Czy była jakaś szansa znalezienia Śmierciożercy w lesie? Na przykład - rannego? Niezdolnego do ucieczki? Myśl tak przerażająca jak i ekscytująca w swoich posadach. Kto w swoim życiu nie szukał chociaż odrobiny adrenaliny..? Oto były sprzeczności, które podskórnie wchodziły mu do głowy. I cóż? No jakoś musiał z tym żyć. Dominantą i tak był tutaj smutek płynący z tego, że w ogóle trzeba było tu być. Nie, nie dlatego, że trzeba było pomagać. Dlatego, że tyle negatywów pojawiło się w świecie przez jakiś pojebów. Nawet mimo tego, że nie był altruistą wielkim gotów był się w to wszystko zaangażować. Choć, oczywiście, myślał już, żeby wrócić do domu i sobie darować, bo przecież "pomógł wystarczająco".
- Dobry wieczór. - Przywdział na twarz klasyczny uśmiech, miły, sympatyczny. Anielski. Cieszył się, że para pojawiła się szybko - bo chyba naprawdę by wysiadł i zrezygnował. Abraksany też były zmęczone. Pocieszające było też to, że była to osoba znajoma. Może i nie jakoś bardzo, ale jednak gdzieś się jej nazwisko przewijało dopasowane do twarzy. - Malfoy... Eunice, dobrze pamiętam panienkę? - Bo z tego co kojarzył, jeśli nie zmieniła nazwiska, to nadal panienka, a nie pani. - Naturalnie. - Wskazał gestem dłoni kierunek i wyciągnął różdżkę z kieszeni. Wielki Jarczuk o czarnej sierści wstał i poszedł równiutko przy jego nodze, nie pozwalając sobie ani na nadmierne zwalnianie, ani wyprzedzanie swojego właściciela. Fakt, small talki można było już uskuteczniać po drodze... o ile w ogóle któreś z nich będzie miało na to siły. Laurent zamierzał próbować, bo w końcu nawet sama kultura tego od niego wymagała. - Cieszę się, widząc znajomą osobistość.