30.07.2023, 10:03 ✶
Darcy pozostawał beztrosko nieświadomy, że Eunice go przejrzała. Umiał w końcu doskonale kłamać, był w tym bardzo przekonujący, a poza tym po prawdzie, kiedy pierwszy dostał uczulenia od róż, myślał, że umiera i spanikował kompletnie – bo choć bukiet trzymał w rękach, wysypka wyszła też wtedy na twarzy i szyi, i biedny, dwunastoletni Darcy pobiegł spisywać testament, by mieć pewność, że jego cenne zapiski odziedziczy siostra…
- Hm… Lilie? Chyba były też między nimi inne kwiaty, może róże, ale nie jestem pewien, bo wszystko było białe, teraz rodzice mają jakąś manię na punkcie bieli, a tylko przenosiłem wazon – zastanowił się Lockhart, dalej ciągnąc swoją grę. – Jakby się zastanowić, to jak to zrobiłem, to kichałem – dodał jeszcze, marszcząc brwi, jakby próbował poskładać wszystkie fakty ze sobą i dojść do tego, co takiego się stało. Zezował przy tym na Eunice, bardzo zadowolony, że może na nią patrzeć, nawet jeżeli ceną za ten stan rzeczy było piekielne swędzenie.
Ale kiedy postanowiła oglądać jego ramię, zrobił się prawie purpurowy. I odruchowo schwycił ubranie, jakby się bał, że ta je zaraz z niego zedrze. Przynajmniej Malfoyówna mogła być pewna jednego: jeżeli Darcy zrobił to celowo, to na pewno nie miał na celu wykorzystywania okazji, by się przed nią rozebrać. Pewnie nie reagowałby tak nerwowo, gdyby nie ten rytuał, ale miał na tyle namieszane w głowie, że teraz wizja pokazywania ramienia Eunice napawała go przerażeniem, chociaż nie potrafiłby wyjaśnić, dlaczego. Bo przecież spodziewał się, że jakiś uzdrowiciel – niekoniecznie Eunice, bo wiedział, że jego plan może nie wypalić – będzie chciał to nieszczęsne ramię obejrzeć. Teraz jednak, jak przyszło co do czego…
– Nie! Nie trzeba! – zapiszczał prawie, niby dziewica ze szlacheckiego domu, której nieprzystojne awanse czynił nieokrzesany syn sąsiadów. – Wcale nie jest specjalnie duża. A poza tym prawie jej nie czuję, może ona już zeszła albo tylko mi się wydawało, że mam wysypkę na ramieniu. Jak dasz mi tę maść, to ją tam nałożę – obiecał solennie Darcy, walcząc sam ze sobą, bo z jednej strony chciał się odsunąć poza zasięg rąk Eunice, a z drugiej przysnąć jeszcze bliżej, a właściwie to najlepiej ją pocałować, ale to byłoby szaleństwo, prawda? Nie przeżyłby, gdyby go odepchnęła, jak nic poszedłby rzucać się z jakiegoś mostu albo coś. – To n-nic wielkiego – zająknął się nawet – Bo to chyba nie jakaś egzotyczna choroba, która mnie zabije? – dodał nagle z pewną podejrzliwością, zerkając na nadgarstek. Zdawał się wierzyć w tę możliwość. Ba, po prawdzie… wierzył, bo Darcy miewał skłonności nadmiernie wczuwać się we własne historie. Czy ta plama nie wychodziła dużo dalej niż nałożył ten olejek…? – Bo jak mam niedługo umrzeć, to chociaż chodźmy wcześniej na herbatę – dodał w przypływie iście lwiej odwagi.
- Hm… Lilie? Chyba były też między nimi inne kwiaty, może róże, ale nie jestem pewien, bo wszystko było białe, teraz rodzice mają jakąś manię na punkcie bieli, a tylko przenosiłem wazon – zastanowił się Lockhart, dalej ciągnąc swoją grę. – Jakby się zastanowić, to jak to zrobiłem, to kichałem – dodał jeszcze, marszcząc brwi, jakby próbował poskładać wszystkie fakty ze sobą i dojść do tego, co takiego się stało. Zezował przy tym na Eunice, bardzo zadowolony, że może na nią patrzeć, nawet jeżeli ceną za ten stan rzeczy było piekielne swędzenie.
Ale kiedy postanowiła oglądać jego ramię, zrobił się prawie purpurowy. I odruchowo schwycił ubranie, jakby się bał, że ta je zaraz z niego zedrze. Przynajmniej Malfoyówna mogła być pewna jednego: jeżeli Darcy zrobił to celowo, to na pewno nie miał na celu wykorzystywania okazji, by się przed nią rozebrać. Pewnie nie reagowałby tak nerwowo, gdyby nie ten rytuał, ale miał na tyle namieszane w głowie, że teraz wizja pokazywania ramienia Eunice napawała go przerażeniem, chociaż nie potrafiłby wyjaśnić, dlaczego. Bo przecież spodziewał się, że jakiś uzdrowiciel – niekoniecznie Eunice, bo wiedział, że jego plan może nie wypalić – będzie chciał to nieszczęsne ramię obejrzeć. Teraz jednak, jak przyszło co do czego…
– Nie! Nie trzeba! – zapiszczał prawie, niby dziewica ze szlacheckiego domu, której nieprzystojne awanse czynił nieokrzesany syn sąsiadów. – Wcale nie jest specjalnie duża. A poza tym prawie jej nie czuję, może ona już zeszła albo tylko mi się wydawało, że mam wysypkę na ramieniu. Jak dasz mi tę maść, to ją tam nałożę – obiecał solennie Darcy, walcząc sam ze sobą, bo z jednej strony chciał się odsunąć poza zasięg rąk Eunice, a z drugiej przysnąć jeszcze bliżej, a właściwie to najlepiej ją pocałować, ale to byłoby szaleństwo, prawda? Nie przeżyłby, gdyby go odepchnęła, jak nic poszedłby rzucać się z jakiegoś mostu albo coś. – To n-nic wielkiego – zająknął się nawet – Bo to chyba nie jakaś egzotyczna choroba, która mnie zabije? – dodał nagle z pewną podejrzliwością, zerkając na nadgarstek. Zdawał się wierzyć w tę możliwość. Ba, po prawdzie… wierzył, bo Darcy miewał skłonności nadmiernie wczuwać się we własne historie. Czy ta plama nie wychodziła dużo dalej niż nałożył ten olejek…? – Bo jak mam niedługo umrzeć, to chociaż chodźmy wcześniej na herbatę – dodał w przypływie iście lwiej odwagi.