30.07.2023, 19:47 ✶
Nie mogła spać z podekscytowania, nie umiała znaleźć sobie miejsca. Pięć razy upewniała się, że spakowała wszystko w niewielki plecak, który oczywiście wewnątrz był magicznie powiększony. Zażyła odpowiednie eliksiry, które pomogły ze zmęczeniem oraz problemami na bezsenność, przy spodniach miała narzędzia. Co jeszcze brało się na taką wyprawę? Wyliczała sobie pod nosem, siedząc na łóżku i kolejny raz przepakowywała tobołek, zabierając — jak to Pandora — tysiące "potrzebnych" drobiazgów.
A potem nastał świt. Pomarańczowa łuna rozlała się po otaczających pogrzebaną wioskę łąkach, rozjaśniła pogrążone wcześniej w granacie niebo. Na miejscu spotkania znalazła się chwilę przed czasem, witając się z każdym łagodnym uśmiechem, starając się wciąż zachowywać cicho i nie dawać po sobie poznać tego wszystkiego, co jawnie malowało się na jej twarzy. Wiedziała, że ludzie od rana byli drażliwi, ale wiedziała też, że tego typu przedsięwzięcie i wyruszenie w teren niosły za sobą ryzyko, należało zachować rozsądek oraz być odpowiedzialnym. Czuła odrobinę presji, ale była świadoma własnych umiejętności, nie bez powodu miała te wszystkie dyplomy i certyfikaty, ukończyła setki zleceń. Do budynku dotarli w spokoju i ciszy, ciesząc się śpiewem ptaków oraz pierwszymi promieniami słońca na twarzach. Zdawało się, że wszystko było przygotowane. Obydwie z Letą, ale też każdy pozostały członek ich ekipy archeologicznej włożył mnóstwo pracy w zabezpieczenie terenu.
- Nie ma to, jak optymizm szefie. - mruknęła pod nosem cicho, tak aby nie usłyszał. Zero presji, absolutnie. Słowa "wszyscy zginiemy" wcale nie rozniosły się echem po jej głowie, nie sprawiły, że po ciele przebiegł jej dreszcz. Przesunęła gruby, ciemny warkocz na plecy i rozejrzała się dookoła. Dlaczego on w ogóle był taki spokojny i z taką łatwością ich wszystkich zabijał? Zamrugała kilkukrotnie, zwilżając wargi.
Gdy pomieszczenie rozjaśnił blask łamanej pieczęci, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Kucnęła, tym samym mając ją nieco bliżej i uważnie, centymetr po centymetrze przyglądała się przypominającemu wieczko przejściu. Zupełnie jak od puszek, byle ta nie była taką, którą kiedyś otworzyła już taka jedna Pandora. Jej dłonie przemknęły w stronę narzędzi schowanych za pasem, już chciała za coś złapać, ale potem przypomniała sobie, że nie jest sama. I nie ma doświadczenia w pracy w grupie, nie w pracy archeologicznej.
- Co wydaje się wam rozsądniejsze i mniej ryzykowne, od tego zacznijmy. - rzuciła w stronę klątwołamaczki oraz Ulyssesa, jemu przyglądając się nieco dłużej. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie była go ciekawa — głównie za sprawą Danielle, ale to były rozmowy i przemyślenia na inną okazję, którą z pewnością znajdzie oraz wykorzysta. Przeniosła tęczówki w kolorze płynnego karmelu na Cathala, widać było, że aż rwała się do pracy, ale grzecznie czekała na jego bądź ich wspólną decyzję.
A potem nastał świt. Pomarańczowa łuna rozlała się po otaczających pogrzebaną wioskę łąkach, rozjaśniła pogrążone wcześniej w granacie niebo. Na miejscu spotkania znalazła się chwilę przed czasem, witając się z każdym łagodnym uśmiechem, starając się wciąż zachowywać cicho i nie dawać po sobie poznać tego wszystkiego, co jawnie malowało się na jej twarzy. Wiedziała, że ludzie od rana byli drażliwi, ale wiedziała też, że tego typu przedsięwzięcie i wyruszenie w teren niosły za sobą ryzyko, należało zachować rozsądek oraz być odpowiedzialnym. Czuła odrobinę presji, ale była świadoma własnych umiejętności, nie bez powodu miała te wszystkie dyplomy i certyfikaty, ukończyła setki zleceń. Do budynku dotarli w spokoju i ciszy, ciesząc się śpiewem ptaków oraz pierwszymi promieniami słońca na twarzach. Zdawało się, że wszystko było przygotowane. Obydwie z Letą, ale też każdy pozostały członek ich ekipy archeologicznej włożył mnóstwo pracy w zabezpieczenie terenu.
- Nie ma to, jak optymizm szefie. - mruknęła pod nosem cicho, tak aby nie usłyszał. Zero presji, absolutnie. Słowa "wszyscy zginiemy" wcale nie rozniosły się echem po jej głowie, nie sprawiły, że po ciele przebiegł jej dreszcz. Przesunęła gruby, ciemny warkocz na plecy i rozejrzała się dookoła. Dlaczego on w ogóle był taki spokojny i z taką łatwością ich wszystkich zabijał? Zamrugała kilkukrotnie, zwilżając wargi.
Gdy pomieszczenie rozjaśnił blask łamanej pieczęci, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Kucnęła, tym samym mając ją nieco bliżej i uważnie, centymetr po centymetrze przyglądała się przypominającemu wieczko przejściu. Zupełnie jak od puszek, byle ta nie była taką, którą kiedyś otworzyła już taka jedna Pandora. Jej dłonie przemknęły w stronę narzędzi schowanych za pasem, już chciała za coś złapać, ale potem przypomniała sobie, że nie jest sama. I nie ma doświadczenia w pracy w grupie, nie w pracy archeologicznej.
- Co wydaje się wam rozsądniejsze i mniej ryzykowne, od tego zacznijmy. - rzuciła w stronę klątwołamaczki oraz Ulyssesa, jemu przyglądając się nieco dłużej. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie była go ciekawa — głównie za sprawą Danielle, ale to były rozmowy i przemyślenia na inną okazję, którą z pewnością znajdzie oraz wykorzysta. Przeniosła tęczówki w kolorze płynnego karmelu na Cathala, widać było, że aż rwała się do pracy, ale grzecznie czekała na jego bądź ich wspólną decyzję.