Nie śpieszył się z opuszczeniem swojego dawnego pokoju. Doskonale zdając sobie sprawę ze wszystkiego tego, co może na niego czekać poza czterema ścianami tegoż pomieszczenia, nie zamierzał zbyt wcześnie dołączać do reszty rodziny. Wymówkę miał zresztą całkiem niezłą. Do tak ważnego dnia jak ten dzisiejszy, człowiek musiał się odpowiednio przygotować. I nawet jego matka, która w normalnych warunkach nie zwykła odpuszczać, tym razem nie zdecydowała się skorzystać z tego, że na miejscu zjawił się z dwudniowym wyprzedzeniem. A przynajmniej nie korzystała z tego w takim stopniu, jak to miało miejsce w przypadku innych przyjęć, które zdarzyło im się organizować w przeszłości.
Widząc godzinę wskazywaną przez całkiem elegancki zegarek znajdujący się na nadgarstku, wiedział że nie zostało mu już wiele czasu. Urządzenie będące zeszłorocznym prezentem urodzinowym, nie zwykło się mylić. Westchnął ciężko, podnosząc się z fotela, w którym przeglądał ostatnie wydanie jednej z popularniejszych gazet. Niezbyt interesowała go zawartość. Po prawdzie, to jego zdaniem w środku nie było niczego interesującego. Lepsze jednak to, niż brak jakiegokolwiek zajęcia. Nie raz i nie dwa zdarzało mu się umierać z nudów podczas tych krótkich wizyt w rodzinnych stronach. Przez te lata odzwyczaił się od tego jak wyglądało życie na wsi. Miasto było zupełnie inne.
I ta jego inność odpowiadała Theonowi już od pierwszego dnia.
Upewnił się, że ubranie jest czyste, niewygniecione. Poprawił włosy. Gdyby nie prezentował się względnie... przyzwoicie, matka by mu ukręciła głowę. A i Geraldine na pewno też nie powstrzymałaby się przed irytującymi docinkami. Przed opuszczeniem, zgarnął też z biurka niewielkie, drewniane pudełeczko. Znajdywał się w nim pierścionek, który otrzymać miała przyszła panna młoda. Czy była nią spotkana przed kilkoma tygodniami blondynka? Skłamałby twierdząc, że wcale się nad tym nie zastanawiał. Niby otrzymał od kobiety wizytówkę, ale to nie załatwiało sprawy.
- Pora zacząć przedstawienie... - Mówi sam do siebie, tuż przed tym jak wyciąga rękę w kierunku drzwi. Rodzinne przyjęcia bywały dla niego czymś męczącym. Brał udział, bo musiał. Tego od niego oczekiwano. Gdyby miał możliwość wyboru, znajdywałby w zupełnie innym miejscu. I pewnie nie byłby w tym osamotniony. Matka zwykła mawiać, że w jakimś stopniu Theon przypominał w tym aspekcie swojego ojca.
Wreszcie otwiera drzwi. Kieruje się w stronę schodów. Po drodze natrafia na matkę, wyraźnie poddenerwowaną tym, jak mało czasu im zostało.
- Theon! Gdzieś się podziewał, Séraphine Anne już jest na miejscu. - Zaczepia, na moment zatrzymując się na jednym z ostatnich schodków. - Powinieneś się nią zająć. - Strofuje syna, który wyraźnie nie był na tą informacje przygotowany. Stara się jednak nie dać tego po sobie poznać.
- Już idę. Spokojnie. Przyszła pani Yaxley nie będzie sama. Obiecuje odpowiednio się nią zająć. - Odpowiada, starając się panować nad tonem głosu. A także nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego. Nie był to dobry moment na wywlekanie spraw, które powinny być starannie zamiecione pod dywan. Przynajmniej do czasu zakończenia przyjęcia.
- Mam nadzieje. Zachowuj się synu. - Mówi. - Muszę dokończyć się przygotowywać.
Z tymi słowy kobieta znika na piętrze, zaś Theon może wreszcie zejść na parter. Prosto do holu, gdzie już przywitani zostali pan Leroux i jego córka. Zanim podchodzi do kobiety, przez chwilę obserwuje całą trójką, a raczej czwórkę - uwzględniając domowego skrzata. Zauważony przez ojca, kiwa głową. Jest tu. Jest gotowy.
- Theon właśnie do nas idzie. - Słychać słowa Gerarda, który gestem wskazuje w stronę syna. - Na pewno się dobrze zajmie Twoją córką, René. - Dodaje, chyba samego siebie próbując przekonać, że wszystko pójdzie dobrze. - My w tym czasie możemy się napić. Wina, brandy? Whisky? I może nie stójmy tak w wejściu.
Gestem dał jeszcze tylko znać Eskelowi, żeby ten zabrał przyniesiony przez pierwszych gości kufer z winem.