31.07.2023, 02:00 ✶
Odczuwana przez niego bezsilność w momencie śmierci brata zaledwie dotykała pędami korzeni tą właściwą, zalewającą jego umysł powodzią negatywnych myśli. Nie czuł nawet bólu rąk, który przecież powinien był mu doskwierać. Byli uwięzieni w momencie, w zwątpieniu i całej tej wichurze łączącej się nieprzyjemnie z krzykami Harper. Mimowolnie pomyślał o Sarze, o tym czy na pewno jest bezpieczna i czy okropieństwa, jakich doświadczyli tej nocy na Polanie nie rozprzestrzeniły się dalej. Nie mógł teraz nic zrobić, zdawał sobie z tego sprawę, ale obwiniał się, że nie potrafił pomoc ni Heather, ni zagubionemu Cameronowi, ni sprawdzić czy zgarnięta z polany Macmillan na pewno jest w dobrym stanie - cokolwiek mógł teraz znaczyć 'dobry stan'.
Był zbyt oszołomiony, aby płakać, chociaż gula w gardle nieprzyjemnie przypominała o odczuwanym smutku i bezradności, które bardzo łatwo mogłyby zamienić się w kawalkadę histerycznych pojękiwań.
Co chwila przychodziła mu do głowy myśl, że leżący obok Alastor na pewno mógłby pomóc komuś, kto był w większej potrzebie - chociażby skupić się na Harper - gdyby tylko nie musiał zajmować się też nim. Charles czuł się absolutnie bezużyteczny, bał się, że nie jest i nie będzie w stanie pomóc, że jego istnienie przysparza innym tylko i wyłącznie kłopotów.
Lepiej by było jakbym umarł z tą nieszczęsną kobietą, której prawdopodobnie nie udało nam się nawet pomóc. Wszystkim byłoby lżej.
Przez krotką sekundę był w stanie przysiąc, że głos Moody'ego to tylko złudzenie, którym mami się zmęczony mózg. Bardzo szybko zorientował się jednak, że mężczyzna faktycznie coś do niego mówi. Zdołał jedynie kiwnąć głową, nie pamiętał, aby kiedykolwiek w swoim życiu był aż tak posłuszny i absolutnie oddany ekspertyzie sytuacji kogoś innego... Ale też, nigdy wcześniej nie znalazł się w takim kataklizmie.
'Nie zatrzymujesz się nawet jeżeli coś ci powie, że masz się zatrzymać' - 'To skąd mam wiedzieć, że to ty mówisz mi, że mam biec?' Przeszło mu przez myśl, ale w prawdzie po prostu chciał umknąć z tego miejsca, ciągłe uczucie lęku i zwątpienia przywodziło mu na myśl to, co wywołał swoim zaklęciem Śmierciożerca jakiemu wcześniej stawiał czoła wraz z Erikiem i Heather. Nie odczuwal tego w ten sam sposób, ale natłok i ilość negatywnych myśli pomnażał się z każdą sekundą, w której zostawali w lesie.
Bieg był fizycznie wykańczający, ale przyniósł ulgę - był wyswobodzeniem się od bezsilności, którą odczuwał całą ostatnią godzinę, gdy wyczekiwali aż siły natury się uspokoją. Oddalenie się od źródła wytwarzania lękowych myśli jego głowa przyjęła wręcz z radością, chociaż ta była trudna w dostrzeżeniu, bo cała sytuacja wciąż pozostawała krytyczną.
Zanim rzucił się w stronę odkopywanej Brenny i Heather, rzucił jeszcze ostatnie spojrzenie na Alastora, jakby sprawdzał czy ten faktycznie jest w stanie zanieść kogoś do szpitala. Chciał powiedzieć 'dzięki', ale wydawało mu się to nieodpowiednio silnym słowem, zbyt niewdzięcznym w porównaniu do tego jak bardzo mężczyzna mu pomógł.
Będzie jeszcze ku temu okazja pomyślał do siebie, widząc, ze Moody pochłonięty jest cala akcją ratunkową i zdając sobie sprawę, że sam powinien zapewne też się zaangażować, a nie rozmyślać o takich pierdołach.
Usłyszał zdecydowany ton Brenny i zaraz znalazł się przy Heather i Brygadziście, ktory wyciągnał ją wraz z Longbottom wraz z dziury.
– Brenna, wszystko w porządku? Ty nie potrzebujesz uzdrowiciela? Nie przydusiła was ta ziemia? Na Merlina, czy ona w ogóle jeszcze oddycha? Musi oddychać, daj mi ją, nie, nie, razem przeniesiemy ją szybciej. Można się już teleportować? – myśli wylały się z Rookwooda na raz, zalewając nieznajomego Brygadzistę i częściowo tez osoby, które stały obok. Brzmiał zaskakująco pewnie, chociaż na skraju słów czaiła się rozpacz. Nie zauważył nawet, że łzy zaczęły mu płynąć po twarzy.
Nie zważając na niczyje sprzeciwy chciał przejąć Wood i własnoręcznie zanieść ją do tego szpitala polowego.
Wszystko go bolało, zwłaszcza ręce, ale przynajmniej mógł się w końcu na coś przydać. Musiał się na coś przydać, po co inaczej w ogóle wciąż żył?
Polana zasypana była ciałami ludzi - mugoli, czarodziejów. Powoli wszystko do niego docierało, a bol w klatce piersiowej nie pochodził tylko od biegu, ale też ilości emocji, jakie się w nim kłębiły.
– Co z Erikiem? Z tą dziewczyną? Z tą Brygadzistką tą nie wiem jak ona sie nazywala. A Danielle? – wciąż dopytywał, ale ostatecznie usłyszał krzyk Brenny.
Był zbyt oszołomiony, aby płakać, chociaż gula w gardle nieprzyjemnie przypominała o odczuwanym smutku i bezradności, które bardzo łatwo mogłyby zamienić się w kawalkadę histerycznych pojękiwań.
Co chwila przychodziła mu do głowy myśl, że leżący obok Alastor na pewno mógłby pomóc komuś, kto był w większej potrzebie - chociażby skupić się na Harper - gdyby tylko nie musiał zajmować się też nim. Charles czuł się absolutnie bezużyteczny, bał się, że nie jest i nie będzie w stanie pomóc, że jego istnienie przysparza innym tylko i wyłącznie kłopotów.
Lepiej by było jakbym umarł z tą nieszczęsną kobietą, której prawdopodobnie nie udało nam się nawet pomóc. Wszystkim byłoby lżej.
Przez krotką sekundę był w stanie przysiąc, że głos Moody'ego to tylko złudzenie, którym mami się zmęczony mózg. Bardzo szybko zorientował się jednak, że mężczyzna faktycznie coś do niego mówi. Zdołał jedynie kiwnąć głową, nie pamiętał, aby kiedykolwiek w swoim życiu był aż tak posłuszny i absolutnie oddany ekspertyzie sytuacji kogoś innego... Ale też, nigdy wcześniej nie znalazł się w takim kataklizmie.
'Nie zatrzymujesz się nawet jeżeli coś ci powie, że masz się zatrzymać' - 'To skąd mam wiedzieć, że to ty mówisz mi, że mam biec?' Przeszło mu przez myśl, ale w prawdzie po prostu chciał umknąć z tego miejsca, ciągłe uczucie lęku i zwątpienia przywodziło mu na myśl to, co wywołał swoim zaklęciem Śmierciożerca jakiemu wcześniej stawiał czoła wraz z Erikiem i Heather. Nie odczuwal tego w ten sam sposób, ale natłok i ilość negatywnych myśli pomnażał się z każdą sekundą, w której zostawali w lesie.
Bieg był fizycznie wykańczający, ale przyniósł ulgę - był wyswobodzeniem się od bezsilności, którą odczuwał całą ostatnią godzinę, gdy wyczekiwali aż siły natury się uspokoją. Oddalenie się od źródła wytwarzania lękowych myśli jego głowa przyjęła wręcz z radością, chociaż ta była trudna w dostrzeżeniu, bo cała sytuacja wciąż pozostawała krytyczną.
Zanim rzucił się w stronę odkopywanej Brenny i Heather, rzucił jeszcze ostatnie spojrzenie na Alastora, jakby sprawdzał czy ten faktycznie jest w stanie zanieść kogoś do szpitala. Chciał powiedzieć 'dzięki', ale wydawało mu się to nieodpowiednio silnym słowem, zbyt niewdzięcznym w porównaniu do tego jak bardzo mężczyzna mu pomógł.
Będzie jeszcze ku temu okazja pomyślał do siebie, widząc, ze Moody pochłonięty jest cala akcją ratunkową i zdając sobie sprawę, że sam powinien zapewne też się zaangażować, a nie rozmyślać o takich pierdołach.
Usłyszał zdecydowany ton Brenny i zaraz znalazł się przy Heather i Brygadziście, ktory wyciągnał ją wraz z Longbottom wraz z dziury.
– Brenna, wszystko w porządku? Ty nie potrzebujesz uzdrowiciela? Nie przydusiła was ta ziemia? Na Merlina, czy ona w ogóle jeszcze oddycha? Musi oddychać, daj mi ją, nie, nie, razem przeniesiemy ją szybciej. Można się już teleportować? – myśli wylały się z Rookwooda na raz, zalewając nieznajomego Brygadzistę i częściowo tez osoby, które stały obok. Brzmiał zaskakująco pewnie, chociaż na skraju słów czaiła się rozpacz. Nie zauważył nawet, że łzy zaczęły mu płynąć po twarzy.
Nie zważając na niczyje sprzeciwy chciał przejąć Wood i własnoręcznie zanieść ją do tego szpitala polowego.
Wszystko go bolało, zwłaszcza ręce, ale przynajmniej mógł się w końcu na coś przydać. Musiał się na coś przydać, po co inaczej w ogóle wciąż żył?
Polana zasypana była ciałami ludzi - mugoli, czarodziejów. Powoli wszystko do niego docierało, a bol w klatce piersiowej nie pochodził tylko od biegu, ale też ilości emocji, jakie się w nim kłębiły.
– Co z Erikiem? Z tą dziewczyną? Z tą Brygadzistką tą nie wiem jak ona sie nazywala. A Danielle? – wciąż dopytywał, ale ostatecznie usłyszał krzyk Brenny.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you