Jakoś nie bardzo zdołał się zorientować, a może powinien, co właściwie znajdowali? Trupy? Laurent doskonale wiedział, że na widok trupa obsiadywanego przez muchy jego żołądek by się bardzo mocno skręcił, a on walczyłby z wymiotami. O ile miałby szansę walczyć. Możliwość znalezienia takowego była więcej niż prawdopodobna, skoro ludzie tu walczyli. I ludzie tu umarli, to akurat wiedział doskonale. Szukano też zaginionych. Czyli właśnie - albo zmarłych albo tych, którzy zabłądzili. Ewentualnie byli niezdolni do tego, żeby wrócić samodzielnie. I tak, ani on, ani Eunice nie byli wyszkolonymi Brygadzistami, ale posiadali zalety, które umożliwiały im wkroczenie do tego lasu. Pomóc. Pomoc. Jakie to w ogóle było absolutnie szlachetne! Grając dobrą minę do złej gry nawet nie poważyłby się zakpić z tego przed kobietą, bo gdzież to! Trzeba się pokazywać z jak najładniejszej i najbardziej szlachetnej strony. Nie tej, która w duchu modliła się, żeby nic strasznego się tu nie zdarzyło. A modlić się w sumie zaczął dopiero, kiedy namioty zniknęły im z pola widzenia i odgłosy stamtąd dochodzące zastąpiła złowroga cisza. Nie panowała egipska ciemność - niebo było klarowne. Mimo to wzrok i tak był całkowicie omamiony, przysłonięty kurtyną mroku, upośledzony przez swoje ograniczenia. Tyle lat rozwoju magii i jeszcze nikt nie znalazł sposobu na stworzenie nad-człowieka? Udoskonalenie ułomnej rasy, jaką człowiek był? Byłoby czasem naprawdę bardzo dobrze widzieć tak późną porą. Czasem... na przykład teraz.
- To prawda. Widok jest wspaniały, kiedy wszystko pokryte jest śniegiem, ale szczypiący mróz czasem aż zanadto daje o sobie znać. - Czy Laurent skupiał się na tej rozmowie? Nie. Nie bardzo. Nie dlatego, że miał coś do Eunice, że w sumie to temat nudny... okej, temat przerabiany przez niego w kółko i macieju, bo przecież co druga osoba podpytywała. To naturalne. I nie przeszkadzało mu to, kiedy rozmówca był po prostu lotny, a nie tylko odbębniał formułki. Tutaj skupieniu przeszkadzał ten las i jego wątpliwie pozytywny urok. Zresztą usprawiedliwiał siebie samego, że na pewno Eunice też tak miała i że odzywała się, zupełnie jak on, żeby nie dajcie bogowie nie pozwolić tej ciszy ich pochłonąć. Z jednej strony, jak z tym światełkiem, niby chcesz siedzieć cicho, bo jeszcze coś usłyszy. Z drugiej strony - chcesz mówić, bo brzmienie twojego głosu i głosu drugiej osoby wprawiało w statyczne wrażenie, że wszystko jest w porządku, że nie ma się czego bać.
Potem znaleźli ciało i tak zwany small talk i tak stracił na znaczeniu. Jeśli to w ogóle można było nazwać ciałem.
Laurent nie do końca rozumiał, co widzi. Niby widział, ale jego mózg tego jeszcze nie akceptował. Jak z raną, kiedy ją masz, ale nie zdążyłeś zauważyć, że ją posiadasz. Wszystko w tobie działało wtedy z bzdurnym wręcz opóźnieniem. Nie pojawiała się odpowiednia reakcja od razu - trzeba było poczekać, aż odpowiednie informacje przesuną się po mózgu, rozłożą tam i wtedy rozpocznie się chaos. Dlatego też przytrzymał Eunice delikatnie marynarkę, żeby ta mogła sięgnąć do kieszeni i wyciągnąć dokumenty, które mężczyzna nosił przy sobie. Kiedy ona na nie spoglądała, on zaczął ostrożnie przeszukiwać pozostałe - ale poza jakimiś papierkami nic nie znaczącymi nie znalazł niczego ciekawego. Z każdą kieszenią tylko trochę bardziej drżały mu dłonie, bo coraz głośniej uderzało jego serce. Kiedy docierało do niego, CO tak naprawdę ma przed sobą. Pod swoimi dłońmi.
- Poradzimy sobie. - Laurent bardzo skupił się na tym, żeby głos mu nie zadrżał. I żeby siebie samego pozbierać, zanim zaczną zbierać trupa. - Nie możemy go tu zostawić. - Mogli, jak najbardziej. Laurent podniósł się i rozejrzał wokół. Chyba nikogo tu nie było. Ani niczego. Jarczuk nadal węszył jak szalony, ale nawet jak zniknął z obrębu światła to nadal go słyszał. Odszedł kawałek bliżej linii drzew i przeciągnął różdżką w powietrzu, żeby transmutacją stworzyć prowizoryczne nosze. Przyciągnął je za sobą i położył obok trupa. Wystarczyło go ostrożnie na nich położyć, również zaklęciem...