31.07.2023, 11:03 ✶
Zmierzyłem wzrokiem Avelinę, nieco z ulgą, bo najwyraźniej jej myśli nie tylko skupiały się na Godryku Gryffindorze i szalonej miłości do niego, ale miała w głowie jeszcze miejsce na wspomnienia naszych dawnych, można rzec, że wspólnie spędzonych lat, a także na upomnienia skierowane w moją stronę. Przynajmniej tyle dobrego.
- No co? Dla mnie pozostanie panną Dużym Dnem albo Długim Potem, albo... Cóż, trochę tego było - stwierdziłem rozbawiony, bo jak teraz wspominałem te wszystkie wyzwiska z czasów szkolnych, to wydawały się być totalnie żenującymi. Total żenuła. - I mogła nie zaczynać, czyż nie? - usprawiedliwiłem się. My sami zaczęliśmy i szliśmy w zaparte, ale z innych powodów. Poniekąd się do tego przyznaliśmy, ale ciężko mi przychodziło myślenie o tym i jakoś tak... Chyba wolałem tego nie analizować, choć pragnąłem być wciąż bliżej Aveliny. Czy to cieleśnie, czy to emocjonalnie. Pojebane to było.
A jeszcze bardziej to, że taką Dani Avelina Paxton miała za zajebistą osobę w jej życiu, a ja... to cóż... Może to ja powinienem nazywać się Longbottom? Augustus Longbottom... Decembrus Longbottom... Albo bardziej Novemberus.
- No tak... Mung. - Jakoś mi to umknęło, gdyż skupiłem się na nienawiści do Danielle Longbottom, mając w głębokim poważaniu jej sukcesy zawodowe. Nieistotne. Zgasiłem już dobrą chwilę tę blask w swoich oczach, więc już list powinien być napisany, a ja dalej się obijałem o jakieś bezsensowne nostalgie, zamiast zrobić to, co było do zrobienia, uratować Avelinę i wrócić do domu.
- Obawiam się, że może mi pęknąć serce, kiedy twoje połączy się z Godrykiem Gryffindorem - odparowałem pod nosem, nawet sam nie wiedziałem, czy to było jakoś wyraźnie słyszalne. I właściwie poczułem się jak ten gówniarz z Hogwartu, co to łatwo popadał w złość, pogardę i niezadowolenie, obwieszczając to przy okazji wokół światu, bo przecież był pępkiem świata. Phi. Te czasy się skończyły, ale zazdrość tliła się we mnie. Niebawem zapłonie, kiedy tylko dorwę skurwysyna.
Aż ścisnąłem tak pióro, że niemal pękło. Powinienem się ogarnąć. Nie byliśy smarkami, a ja już dawno utraciłem wszelkie szanse u Paxton. Właściwie wiedzieliśmy, że nigdy tych szans nie było.
- Jestem u siebie. Proszę, pomóż mi. Twoja Avelina - zakończyłem pisanie, wypowiadając głośno to, co pisałem. Nie chciałem żeby Avelina czytała to, co piszę, bo zamierzałem dać coś od siebie. - Co sądzisz? Dodałabyś coś jeszcze? - zapytałem ją, a jeśli nie bądź tak, to uzupełniłem pismo zgodnie z jej wolą, po czym zwróciłem jej uwagę na to, że potrzebujemy SOWY. W międzyczasie zamierzałem dodać słowo o klątwie miłośnej do ściągnięcia.
- No co? Dla mnie pozostanie panną Dużym Dnem albo Długim Potem, albo... Cóż, trochę tego było - stwierdziłem rozbawiony, bo jak teraz wspominałem te wszystkie wyzwiska z czasów szkolnych, to wydawały się być totalnie żenującymi. Total żenuła. - I mogła nie zaczynać, czyż nie? - usprawiedliwiłem się. My sami zaczęliśmy i szliśmy w zaparte, ale z innych powodów. Poniekąd się do tego przyznaliśmy, ale ciężko mi przychodziło myślenie o tym i jakoś tak... Chyba wolałem tego nie analizować, choć pragnąłem być wciąż bliżej Aveliny. Czy to cieleśnie, czy to emocjonalnie. Pojebane to było.
A jeszcze bardziej to, że taką Dani Avelina Paxton miała za zajebistą osobę w jej życiu, a ja... to cóż... Może to ja powinienem nazywać się Longbottom? Augustus Longbottom... Decembrus Longbottom... Albo bardziej Novemberus.
- No tak... Mung. - Jakoś mi to umknęło, gdyż skupiłem się na nienawiści do Danielle Longbottom, mając w głębokim poważaniu jej sukcesy zawodowe. Nieistotne. Zgasiłem już dobrą chwilę tę blask w swoich oczach, więc już list powinien być napisany, a ja dalej się obijałem o jakieś bezsensowne nostalgie, zamiast zrobić to, co było do zrobienia, uratować Avelinę i wrócić do domu.
- Obawiam się, że może mi pęknąć serce, kiedy twoje połączy się z Godrykiem Gryffindorem - odparowałem pod nosem, nawet sam nie wiedziałem, czy to było jakoś wyraźnie słyszalne. I właściwie poczułem się jak ten gówniarz z Hogwartu, co to łatwo popadał w złość, pogardę i niezadowolenie, obwieszczając to przy okazji wokół światu, bo przecież był pępkiem świata. Phi. Te czasy się skończyły, ale zazdrość tliła się we mnie. Niebawem zapłonie, kiedy tylko dorwę skurwysyna.
Aż ścisnąłem tak pióro, że niemal pękło. Powinienem się ogarnąć. Nie byliśy smarkami, a ja już dawno utraciłem wszelkie szanse u Paxton. Właściwie wiedzieliśmy, że nigdy tych szans nie było.
- Jestem u siebie. Proszę, pomóż mi. Twoja Avelina - zakończyłem pisanie, wypowiadając głośno to, co pisałem. Nie chciałem żeby Avelina czytała to, co piszę, bo zamierzałem dać coś od siebie. - Co sądzisz? Dodałabyś coś jeszcze? - zapytałem ją, a jeśli nie bądź tak, to uzupełniłem pismo zgodnie z jej wolą, po czym zwróciłem jej uwagę na to, że potrzebujemy SOWY. W międzyczasie zamierzałem dodać słowo o klątwie miłośnej do ściągnięcia.