Avelina lubiła go upominać, lubiła mówić mu, że pewnych rzeczy nie wypada mówić i robić. Lubiła go pouczać, mimo że to on był wtedy prefektem, to on powinien upominać uczniów jeśli się niestosownie zachowywali. Czasami miała wrażenie, że Rookwood był za bardzo bezpośredni i próbował wszystkich naokoło odtrącić byciem wrednym. Jej tym nie zrażał, wręcz nakręcał jej chęć przebywania w jego otoczeniu. W szkole nie była świadoma, że chciała być przy nim. Wmawiała sobie, że robiła to, ponieważ lubiła mu dokuczać. Był wtedy taki wściekły, ale nigdy nie zrobił jej nic złego.
– Rookwood! – upomniała go znowu, ale pod nosem zachichotała. Na chwilę jej myśli zostały odciągnięte od tego, co go tak naprawdę tutaj do niej sprowadziło. – Sam nie byłeś lepszy – przypomniała mu czując się delikatnie rozluźniona, ale jej wzrok po chwili znowu zmętniał, bo przypomniała sobie tęsknotę za Godrykiem.
Jego słowa znowu docierały do jej umysłu zbyt powoli, ale usłyszała coś o pękniętym sercu, więc spojrzała na niego niepewnie. Siliła się na skupienie uwagi na nim, siliła się, aby zrozumieć, co się wokół dzieje i czemu jej uczucia tak cholernie gmatwały w jej umyśle. Podniosła się z krzesła, aby rozprostować nogi, aby nie być za blisko Rookwooda. To nie było bezpieczne. Nie, gdy jej umysł właśnie płatał jej figle kręcąc się wokół tęsknoty i rozpaczy. Nie chciała go teraz pytać o jego słowa, nie chciała drążyć tematu, gdy wiedziała, że kocha innego prawda? Bo kochała, tak?
– Dopisz, że jeśli nie ma ochoty lub jest zajęta to nie musi przychodzić – odpowiedziała i podeszła do blatu kuchennego. Nalała w dwie szklanki wody, jedną podała Rookwoodowi, a drugą zostawiła dla siebie.