01.08.2023, 18:24 ✶
To był trudny i dziwny dzień.
Florence w pobliżu Marszu znalazła się przypadkiem. Na całe szczęście jednak samo wydarzenie niejako ją ominęło – za to kolejne godziny spędziła na udzielaniu pomocy rannym, najpierw na ulicach, potem w Mungu. I wreszcie we własnej kuchni, gdy za oknami zapadły już ciemności. Pora i to, jak trudny był dzień, nie miało jednak znaczenia: nie, kiedy chodziło o rodzinę. Tę jedną naukę Florence na pewno wyciągnęła z domu – rodzina była najważniejsza, a Bulstrode miała skłonności do wciągania w tę definicję zarówno bliskiego, jak i dalszego, młodszego kuzynostwa.
- Oczywiście, że cię przyjęłam – odparła, takim tonem, jakby chciała go zganić za to, że w ogóle dziękował, bo dziękowanie dopuszczało możliwość, że mogłaby tego nie zrobić. Kręciła się teraz po kuchni: idealnie wysprzątanej i idealnie uporządkowanej. Kamienicę przy Horyzontalnej dzieliła z braćmi, ale łatwo było odgadnąć, w których pomieszczeniach królowała Florence. Tam, gdzie przemykała regularnie, wszystko musiało być ustawione jak pod linijkę i nie mógł się wkraść nawet pyłek. Sama Florence była dziś odrobinkę mniej idealna niż zazwyczaj, bo pomiędzy powrotem ze szpitala a pojawieniem się Laurenta, nie zdążyła się porządnie uczesać. A niestety, gdzieś pomiędzy marszem a przybyciem do Munga, rozplótł się jej warkocz (normalnie traktowałaby to jak coś niedopuszczalnego, tym razem jednak okoliczności były wyjątkowe). Przynajmniej zdążyła zadbać o to, aby jej szata wyglądała prawidłowo, czyli tak, jakby została pięć minut wcześniej wysuszona i uprasowana.
Prewett został na progu najpierw obejrzany ze wszystkich stron, a dopiero kiedy Bulstrode upewniła się, że się nie wykrwawia, nie ma połamanych żeber ani nie oberwał żadną paskudną klątwą, usadowiła go w kuchni, wetknęła w dłonie kubek herbaty, który chwilę wcześniej akurat przyrządziła dla siebie i zabrała za szukanie specyfików potrzebnych, by przywrócić jego anielską buzię do poprzedniego stanu.
Gdy zadał pytanie, akurat wyjęła z szafki, gdzie trzymała podstawowe eliksiry i maści (wszystkie starannie posegregowane, każdy odpowiednio opisany, a na niektórych fiolkach poza nazwą i składem dopisano także malutkimi literkami, na co powinny być stosowane) niewielkie pudełko. Otworzyła je i zwróciła na Laurenta spojrzenie jasnych, czujnych oczu – które czasem spoglądały w przyszłość, ale akurat… nie tego dnia.
– Nie. Nawet w najśmielszych snach nie podejrzewałabym, że troje moich krewnych omal nie da się dziś stratować – przyznała, po czym odsunęła sobie krzesło, siadając obok Prewetta. Bo tak, okazało się, że na Marszu znaleźli się nie tylko Atreus, którego się tam jako aurora spodziewała, ale także kuzynka Seraphina i jeszcze Laurent. Laurent! Jego nigdy by się nie spodziewała. – Pokaż tę wargę, mój drogi. Zaczniemy od niej. Będzie ci wygodniej pić tę herbatę. Co ty tam robiłeś, Laurent? Chyba nie maszerowałeś w imię łatwiejszego dostępu charłaków do Pokątnej?
W jej tonie nie było potępienia. Zdziwienia też nie, chociaż gdyby faktycznie poszedł tam z myślą o charłakach, byłaby co najmniej zdziwiona. (Jakoś jej to do niego nie pasowało. Nie pasowało zresztą do większości członków rodziny, w tym do niej. To nie tak, że nienawidziła charłaków albo szczególnie nimi pogardzała, ale nie poświęcała im do tego dnia niemal żadnych myśli.) Pytanie było zadane spokojnym, rzeczowym tonem – którym zresztą Bulstrode mówiła najczęściej.
Na pytania o to, jak to wszystko zniósł psychicznie, przyjdzie czas później – gdy już pozbędą się obrażeń fizycznych.
Florence w pobliżu Marszu znalazła się przypadkiem. Na całe szczęście jednak samo wydarzenie niejako ją ominęło – za to kolejne godziny spędziła na udzielaniu pomocy rannym, najpierw na ulicach, potem w Mungu. I wreszcie we własnej kuchni, gdy za oknami zapadły już ciemności. Pora i to, jak trudny był dzień, nie miało jednak znaczenia: nie, kiedy chodziło o rodzinę. Tę jedną naukę Florence na pewno wyciągnęła z domu – rodzina była najważniejsza, a Bulstrode miała skłonności do wciągania w tę definicję zarówno bliskiego, jak i dalszego, młodszego kuzynostwa.
- Oczywiście, że cię przyjęłam – odparła, takim tonem, jakby chciała go zganić za to, że w ogóle dziękował, bo dziękowanie dopuszczało możliwość, że mogłaby tego nie zrobić. Kręciła się teraz po kuchni: idealnie wysprzątanej i idealnie uporządkowanej. Kamienicę przy Horyzontalnej dzieliła z braćmi, ale łatwo było odgadnąć, w których pomieszczeniach królowała Florence. Tam, gdzie przemykała regularnie, wszystko musiało być ustawione jak pod linijkę i nie mógł się wkraść nawet pyłek. Sama Florence była dziś odrobinkę mniej idealna niż zazwyczaj, bo pomiędzy powrotem ze szpitala a pojawieniem się Laurenta, nie zdążyła się porządnie uczesać. A niestety, gdzieś pomiędzy marszem a przybyciem do Munga, rozplótł się jej warkocz (normalnie traktowałaby to jak coś niedopuszczalnego, tym razem jednak okoliczności były wyjątkowe). Przynajmniej zdążyła zadbać o to, aby jej szata wyglądała prawidłowo, czyli tak, jakby została pięć minut wcześniej wysuszona i uprasowana.
Prewett został na progu najpierw obejrzany ze wszystkich stron, a dopiero kiedy Bulstrode upewniła się, że się nie wykrwawia, nie ma połamanych żeber ani nie oberwał żadną paskudną klątwą, usadowiła go w kuchni, wetknęła w dłonie kubek herbaty, który chwilę wcześniej akurat przyrządziła dla siebie i zabrała za szukanie specyfików potrzebnych, by przywrócić jego anielską buzię do poprzedniego stanu.
Gdy zadał pytanie, akurat wyjęła z szafki, gdzie trzymała podstawowe eliksiry i maści (wszystkie starannie posegregowane, każdy odpowiednio opisany, a na niektórych fiolkach poza nazwą i składem dopisano także malutkimi literkami, na co powinny być stosowane) niewielkie pudełko. Otworzyła je i zwróciła na Laurenta spojrzenie jasnych, czujnych oczu – które czasem spoglądały w przyszłość, ale akurat… nie tego dnia.
– Nie. Nawet w najśmielszych snach nie podejrzewałabym, że troje moich krewnych omal nie da się dziś stratować – przyznała, po czym odsunęła sobie krzesło, siadając obok Prewetta. Bo tak, okazało się, że na Marszu znaleźli się nie tylko Atreus, którego się tam jako aurora spodziewała, ale także kuzynka Seraphina i jeszcze Laurent. Laurent! Jego nigdy by się nie spodziewała. – Pokaż tę wargę, mój drogi. Zaczniemy od niej. Będzie ci wygodniej pić tę herbatę. Co ty tam robiłeś, Laurent? Chyba nie maszerowałeś w imię łatwiejszego dostępu charłaków do Pokątnej?
W jej tonie nie było potępienia. Zdziwienia też nie, chociaż gdyby faktycznie poszedł tam z myślą o charłakach, byłaby co najmniej zdziwiona. (Jakoś jej to do niego nie pasowało. Nie pasowało zresztą do większości członków rodziny, w tym do niej. To nie tak, że nienawidziła charłaków albo szczególnie nimi pogardzała, ale nie poświęcała im do tego dnia niemal żadnych myśli.) Pytanie było zadane spokojnym, rzeczowym tonem – którym zresztą Bulstrode mówiła najczęściej.
Na pytania o to, jak to wszystko zniósł psychicznie, przyjdzie czas później – gdy już pozbędą się obrażeń fizycznych.