Było mu głupio. Bardzo, bardzo głupio. Florence była jedną z bardzo, bardzo niewielu osób, przed którymi nie trzymał swojej maski wiecznego uśmiechu i zadowolenia z życia. Trzymał ją niemal przed wszystkimi. Przed matką, ojcem. Siostrą. Przy Pandorze było trudniej, częściej doskonale wiedziała, że coś jest nie tak. Ale Florence jakoś... była może jedyną osobą w jego życiu, przed którą był po prostu sobą? Przy której nie czuł, że musi się pilnować, że musi uważać na każde słowo i słuchać uważnie, bo nic poza tym mu nie zostaje. Miał tylko siłę na to, by słowa i uczucia zamieniać w broń. To było wyczerpujące. Tak samo jak dzisiejszy dzień. Więc nie poszedł do kogokolwiek innego, tylko właśnie do niej. Gdyby nie to, że Florence już go nauczyła, że kłamstwo ma krótkie nogi, to pewnie i by śpiewał bajkę, że tak naprawdę nigdy go na tym Marszu nie było. Za dużo ludzi dało się złapać w tę pułapkę. Mimo to było mu teraz głupio i czuł się źle z tym, że w ogóle tutaj przylazł, bo w sumie zważywszy na okoliczności na pewno kobieta miała bardzo wiele na głowie. Patrząc na jej stan - o wiele ZA dużo na głowie. Jak zawsze szukał gdzieś schronienia i ucieczki u kogoś, kto by go utrzymał w pionie i jak zawsze chyba za dużo myślał o sobie, zamiast też o swoim otoczeniu. Zawsze byłem takim egoistą? A może to się pojawiło z czasem, kiedy głód, by mieć więcej i więcej wzrastał i coraz bardziej fokusował się na sobie? I czy to grzech, w takim razie, a jeśli grzech, czy powinien wyjść? Florence by mu na to nie pozwoliła. Nie było w ogóle takiej opcji. Czy to więc rozpieszczenie? Zupełnie jakby to było właśnie teraz najbardziej istotne w całej tragedii, jaka miała miejsce tego dnia. Nie było. I było jednocześnie. Laurent pomyślał, że w tym czasie Florence mogłaby... pomóc na przykład komuś innemu, zamiast poświęcać czas jemu. I byłoby to szlachetne, byłoby to właściwe. Tylko że... on chciał, żeby dała mu trochę swojego czasu. Chociaż odrobinę. Potrzebował jej.
- Ach, twój ton... - Uśmiechnął się mizernie. Znał go doskonale. "Nie gadaj głupot, Laurent!" - równie dobrze mogłaby tak powiedzieć. Fakt, że to było oczywiste. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek Florence odmówiłaby mu pomocy. Naprawdę starał się jej tę dobroć wynagradzać, kiedy tylko mógł. - Widzę, że jesteś zabiegana, to nie aż takie oczywiste. - Starał się zabrzmieć całkowicie spokojnie, tak jak zawsze. Nie dlatego, żeby coś udawać, ale skupiając się na tym, żeby sobie samemu pomóc. - Byłaś tam dzisiaj? Trafiłaś na Pochód? - Nie wyglądało, żeby coś jej było, ale może doprowadziła się do porządku? Nie mógł patrzeć na te jej włosy. Bolało go aż serce, kiedy na to spoglądał i skupiał się na tym odczuciu. Na tej potrzebie, żeby jej te włosy uczesać i spleść.
Stratować... aż troje. On był trzeci? Czwarty? Jak tamci skończyli?
- Nie jestem aż takim altruistą, prawda? - Zadrgały mu kąciki warg. Takie odczucie, jakby kiedyś ktoś już to robił... Takie oglądanie twarzy. Tylko inna osoba, w innym czasie i innym miejscu. I sytuacja była zgoła inna. - Nie musisz się fatygować, prawie nic mi nie jest. - Był trochę poobijany, ale siniaki same znikną, a największą tragedią był tylko siniak przy ustach i rozcięcie. Przy jego mazgajowatości to fakt, że picie herbaty było problematyczne i bolesne. Już jednak widział, jak Florence gotowa była tu szpital otwierać. Naprawdę - jak matka do dziecka. I przy Florence czuł się dzieckiem. Czuł się bezbronny. I lubił to uczucie. - Musiałem dzisiaj pójść do Ministerstwa. Byłem tylko z boku, ale... - Ale to wystarczyło. Laurent zacisnął szczęki.