I tu był pies pogrzebany. Nikt nie miał zamiaru nic zarzucać dopóki nie znał szczegółów tej śmierci. Stanley wiedział, że wypłynięcie tej informacji będzie jego gwoździem do trumny. Zdawał sobie całkowitą sprawę, że to będzie początek jego końca. W głębi duszy był wdzięczny, że była przy nim ale rodziło to pewną obawę - bał się, że będzie mógł coś przypadkiem palnąć albo wygadać przed Stellą. I to chyba męczyło go najmocniej - chęć bycia szczerym ale nie możność tego wykonania.
Dopóki siedziała obok i nie wykonywała zbyt dużych gestów, wszystko było w porządku. Czuł, że jest w stanie się powstrzymać i tym samym nie pęknąć na miliard kawałków. Kiedy jednak złapała jego dłoń, splatając palce, poczuł jakby to był zapalnik do wielkiej beczki prochu... Jakbyś ktoś pchnął jedno domino, które następnie zaczęło walić całą konstrukcję. W tym momencie zdał sobie sprawę, że tarcza za którą starał się kryć, została właśnie pokonana, a on zaraz wpadnie w tragiczną rozpacz...
Ta jednak nie nastąpiła... I nic nie wskazywało, że miała nastąpić za chwilę czy nawet dwie. Borgin nie miał nawet za dużo czasu aby zastanowić się dlaczego tak się stało, ponieważ chwilę później usłyszał ten melodyjny głos, któremu nie był w stanie się przeciwstawić. To było niczym rozkaz. Tak szybko jak to do niego dotarło, tak szybko podniósł głowę i spojrzał na Stellę. Czuł jak jej głos, a może nawet nuty, prowadziły go przez te pustkowia zwane zrujnowaną psychiką. Miał wrażenie, że przepiękny dźwięk docierał do zakamarków rozszarpanej duszy, zbierał po kawałku i łączył w całość jak jakieś rozbite lustro - Stella… - odparł niepewnym głosem jakby to wszystko było jednym wielkim złudzeniem. Mrugał szybko, a za każdym kolejnym mrugnięciem, można było zauważyć, że swego rodzaju mgła na oczach zaczęła ustępować miejsca błysku, który kiedyś tam gościł. Gdyby ktoś zapytał Borgina gdzie się teraz znajduje, bez zająknięcia by odparł, że właśnie siedzi w jednej z elegantszych restauracji, pewnego styczniowego wieczoru oczekując na spóźnionego solenizanta, który jak się okazało - nigdy nie dotarł, a Stanley wcale na tym źle nie wyszedł.
Przysiągłby, że czuje dokładnie to samo, chociaż nie słyszał dźwięku wiolonczeli. Prawdę mówiąc - nie potrzebował go - Masz rację. Muszę przestać o tym myśleć - zgodził się, odwzajemniając uścisk na dłoni. Kiedy był pewien, że ta dziwna blokada, która jeszcze moment temu nie pozwalała mu spojrzeć w jej oczy, przeminęła, nie czekał ani sekundy dłużej i od razu to zrobił. To było niczym ulga. Jakby ponownie zagościła jakaś wewnętrzna harmonia - Jesteś… - podniósł drżącą dłoń, która następnie położył na policzku Stelli. Musiał się upewnić, że to wszystko jest prawdą. Że jest już dobrze. Że wszystko co złe minęło. Że teraz już tylko będzie lepiej… A przede wszystkim, że tamto już nie powróci - Zawsze byłaś, więc teraz też jesteś - odparł jakby tłumaczył samemu sobie. Wypowiadając te słowa pokusił się nawet o uśmiech - szczerzy uśmiech, spowodowany zadowoleniem z jej obecności. Momentalnie poczuł jak robi mu się ciepło na sercu - Dziękuje, że byłaś… Że jesteś… - dodał, przecierając palcem po jej poliku. Myśl o Anne odeszła w tej chwili w zapomnienie - przebywała w innym, odległym wymiarze. Nie stanowiła teraz dla Stanleya priorytetu, który został nadany pannie Avery. Nawet jeżeli użyła do tego swojego daru o którym nie wiedział - nie miało to znaczenia, ponieważ poczuł się po prostu wspaniale.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972