01.08.2023, 22:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2023, 22:54 przez Cathal Shafiq.)
– Jestem bardzo optymistyczny. Zakładam, że jeśli nie będziemy się spieszyć, wszyscy przeżyjemy – zapewnił Cathal. Ostatecznie przygotowywali się do otwarcia tych drzwi. Każde z nich je obejrzało. Byli i inni specjaliści. Poza tym każde z nich było czarodziejem i jeżeli coś poszłoby nie tak – mogli się bronić. Tak naprawdę nie wierzył, że nie zdołają poradzić sobie z tą zagadką i z tym, co kryło się pod ziemią. Obawiał się raczej, że znalezisko nie okaże się tak fascynujące, jak miał nadzieję.
Mimo to, kiedy obserwował, jak do przerwanego kręgu podchodzącą po kolei członkowie ekipy, każde, by zająć się swoją „działką”, w jego postawie dało się dostrzec pewne napięcie. Mięśnie ramion miał sztywne, kiedy Alethea ściągała klątwę – i rozluźnił je dopiero, kiedy przekleństwo zostało przełamane, a kobieta ustąpiła miejsca Pandorze. Pułapka, chroniąca przejścia, nie zabiłaby na pewno ich wszystkich, ale mogła zrobić krzywdę komuś, kto próbowałby otworzyć wejście, nie wiedząc o jej istnieniu. Była bardziej podstępna od tych przy murach, Prewettówna miała jednak rację, gdy wspomniała, że może opierać się na podobnych mechanizmach. Mogła stanowić przeszkodę nie do pokonania dla zwykłych czarodziejów, żyjących to kilkaset lat temu, nie dla współczesnej czarownicy, która właśnie w tym się specjalizowała.
Kiedy wreszcie Ulysses zabrał się za przesuwanie cyfr na tarczy, która znalazła się w klapie, Cathal mimowolnie postąpił krok do przodu. Naprawdę nie chciałby, aby przez to, że poprosił Rookwooda o pomoc, coś mu się stało. Ulysses przecież nie musiał tutaj być, nie był członkiem ekipy, otrzymywał wynagrodzenie, ale nie na tyle duże, aby było warte narażania życia.
Ale obliczenia okazały się poprawne. Tarcza zalśniła, zamek szczęknął. I przez chwilę wyglądało na to, że wszystko się im udało.
– Upewnijmy się jeszcze, że nie ma jakichś dodatkowych zabezpieczeń… – powiedział Cathal, w bardzo złą godzinę, przykucając przy tym przejściu.
Bo nie, nikt z nich nie popełnił błędu, ale… może było to dodatkowe zabezpieczenie: może miało zareagować zawsze, gdy ku klapie nie sięgnie uprawniona osoba. A może tak naprawdę klapa nigdzie nie prowadziła, i tylko otwierała to prawdziwe wejście, wszystko im się udało, ale ot… nie spodziewali się efektu. Nie byli na niego przygotowani, nie wiedzieli, co jest pod spodem i dlatego stało się to wielkim problemem.
Nagle bowiem kamienna podłoga pod nimi poruszyła się. Kamienie wyrwały się z niej, wystrzeliły w górę, pomiędzy nich, a każde z nich poczuło, jak wciąga go jakaś siła: magia, bez wątpienia translokacyjna. Wszystko trwało sekundy, ale nagle zaklęcie chwyciło ich, pociągnęło w dół, kamienie natomiast nadbudowywały się nad nimi, nie tworząc już podłogi, a sufit.
Oni wszyscy zaś, wypuszczeni przez zaklęcie, spadli w ciemność.
Alethea i Pandora potoczyły się po ziemi i obie uderzyły w ścianę. Żadna nie uszkodziła się podczas tego upadku poważniej niż na kilka siniaków, niemniej: w pierwszej chwili to bolało. Otaczała je absolutna ciemność. Nie widziały ani siebie nawzajem, ani reszty ekipy. Nawet gdyby zapaliły światło, nie zobaczyłyby żadnego wyjścia: wpadły do sali całkiem dużej, ale pozbawionej drzwi, okien, jakichkolwiek przejść. Za to pod ścianami stały posągi i Alethea upadła tuż obok jednego z nich. Usłyszały czyjś głos – jakby przytłumiony. W istocie dobiegał zza ściany, w którą walnęły. Wyglądało na to, że ich niedawni towarzysze znajdują się po drugiej stronie.
Tak było w istocie: Cathal, Ulysses i Sebastian pospadali jeden tuż obok drugiego. Z odległości zaledwie metra, czar, który ich porwał, nie miał więc najwyraźniej wyrządzić im krzywdy. Może nawet źle zadziałał, ze względu na to, ile lat minęło? Może powinni trafić gdzieś indziej albo lądowanie powinno być zupełnie łagodne?
– Jasny szlag – zaklął Shafiq, siadając powoli na podłodze. Namacał różdżkę, która na całe szczęście się nie połamała, a po chwili ciemność została rozświetlona przez zaklęcie lumos. – Wszyscy cali?!
Oni znajdowali się w korytarzu. Prowadził dokądś: jego część z prawej strony była zawalona, ale kiedyś był na tyle szeroki, że spokojnie dało się przejść lewą. Mogli zobaczyć także pochodnie. Bardzo, bardzo stare, jedną przymocowaną do ściany po lewej, drugą leżącą na podłodze, bo spadła ze stojaka.
Kiedyś bez wątpienia przechodzili tędy ludzie. Drzwi, nad którymi pracowali, bez wątpienia miały prowadzić tutaj.
Główny problem polegał jednak na tym, że ani patrząc w górę – a od sufitu dzieliło ich parę metrów – ani na boki, nie widzieli niczego podobnego do tamtej klapy. W tej chwili nie mieli jak wrócić.
Kolejna tura do: 5.08, godzina 20
Mimo to, kiedy obserwował, jak do przerwanego kręgu podchodzącą po kolei członkowie ekipy, każde, by zająć się swoją „działką”, w jego postawie dało się dostrzec pewne napięcie. Mięśnie ramion miał sztywne, kiedy Alethea ściągała klątwę – i rozluźnił je dopiero, kiedy przekleństwo zostało przełamane, a kobieta ustąpiła miejsca Pandorze. Pułapka, chroniąca przejścia, nie zabiłaby na pewno ich wszystkich, ale mogła zrobić krzywdę komuś, kto próbowałby otworzyć wejście, nie wiedząc o jej istnieniu. Była bardziej podstępna od tych przy murach, Prewettówna miała jednak rację, gdy wspomniała, że może opierać się na podobnych mechanizmach. Mogła stanowić przeszkodę nie do pokonania dla zwykłych czarodziejów, żyjących to kilkaset lat temu, nie dla współczesnej czarownicy, która właśnie w tym się specjalizowała.
Kiedy wreszcie Ulysses zabrał się za przesuwanie cyfr na tarczy, która znalazła się w klapie, Cathal mimowolnie postąpił krok do przodu. Naprawdę nie chciałby, aby przez to, że poprosił Rookwooda o pomoc, coś mu się stało. Ulysses przecież nie musiał tutaj być, nie był członkiem ekipy, otrzymywał wynagrodzenie, ale nie na tyle duże, aby było warte narażania życia.
Ale obliczenia okazały się poprawne. Tarcza zalśniła, zamek szczęknął. I przez chwilę wyglądało na to, że wszystko się im udało.
– Upewnijmy się jeszcze, że nie ma jakichś dodatkowych zabezpieczeń… – powiedział Cathal, w bardzo złą godzinę, przykucając przy tym przejściu.
Bo nie, nikt z nich nie popełnił błędu, ale… może było to dodatkowe zabezpieczenie: może miało zareagować zawsze, gdy ku klapie nie sięgnie uprawniona osoba. A może tak naprawdę klapa nigdzie nie prowadziła, i tylko otwierała to prawdziwe wejście, wszystko im się udało, ale ot… nie spodziewali się efektu. Nie byli na niego przygotowani, nie wiedzieli, co jest pod spodem i dlatego stało się to wielkim problemem.
Nagle bowiem kamienna podłoga pod nimi poruszyła się. Kamienie wyrwały się z niej, wystrzeliły w górę, pomiędzy nich, a każde z nich poczuło, jak wciąga go jakaś siła: magia, bez wątpienia translokacyjna. Wszystko trwało sekundy, ale nagle zaklęcie chwyciło ich, pociągnęło w dół, kamienie natomiast nadbudowywały się nad nimi, nie tworząc już podłogi, a sufit.
Oni wszyscy zaś, wypuszczeni przez zaklęcie, spadli w ciemność.
Alethea i Pandora potoczyły się po ziemi i obie uderzyły w ścianę. Żadna nie uszkodziła się podczas tego upadku poważniej niż na kilka siniaków, niemniej: w pierwszej chwili to bolało. Otaczała je absolutna ciemność. Nie widziały ani siebie nawzajem, ani reszty ekipy. Nawet gdyby zapaliły światło, nie zobaczyłyby żadnego wyjścia: wpadły do sali całkiem dużej, ale pozbawionej drzwi, okien, jakichkolwiek przejść. Za to pod ścianami stały posągi i Alethea upadła tuż obok jednego z nich. Usłyszały czyjś głos – jakby przytłumiony. W istocie dobiegał zza ściany, w którą walnęły. Wyglądało na to, że ich niedawni towarzysze znajdują się po drugiej stronie.
Tak było w istocie: Cathal, Ulysses i Sebastian pospadali jeden tuż obok drugiego. Z odległości zaledwie metra, czar, który ich porwał, nie miał więc najwyraźniej wyrządzić im krzywdy. Może nawet źle zadziałał, ze względu na to, ile lat minęło? Może powinni trafić gdzieś indziej albo lądowanie powinno być zupełnie łagodne?
– Jasny szlag – zaklął Shafiq, siadając powoli na podłodze. Namacał różdżkę, która na całe szczęście się nie połamała, a po chwili ciemność została rozświetlona przez zaklęcie lumos. – Wszyscy cali?!
Oni znajdowali się w korytarzu. Prowadził dokądś: jego część z prawej strony była zawalona, ale kiedyś był na tyle szeroki, że spokojnie dało się przejść lewą. Mogli zobaczyć także pochodnie. Bardzo, bardzo stare, jedną przymocowaną do ściany po lewej, drugą leżącą na podłodze, bo spadła ze stojaka.
Kiedyś bez wątpienia przechodzili tędy ludzie. Drzwi, nad którymi pracowali, bez wątpienia miały prowadzić tutaj.
Główny problem polegał jednak na tym, że ani patrząc w górę – a od sufitu dzieliło ich parę metrów – ani na boki, nie widzieli niczego podobnego do tamtej klapy. W tej chwili nie mieli jak wrócić.
Kolejna tura do: 5.08, godzina 20