02.08.2023, 21:18 ✶
- „Nic”? Czy przypadkiem nie wybieramy po prostu, co chcemy zmieniać? Zakładam, że znów byłeś w ministerstwie w sprawie magicznych stworzeń – powiedziała Florence. Teraz, gdy rana na wardze zaczęła znikać, znów podsunęła mu herbatę: gorący napój nie powinien już parzyć zmaltretowanych ust.
Bulstrode przypatrywała się mu z uwagą i pewnym namysłem. Bo Marsz Charłaków faktycznie osiągnął jeden ze swoich celów: zmusił ją i pewnie wielu innych, do tej pory niezbyt zainteresowanych losem takich osób, wolących zapominać o ich istnieniu, do rozważań.
Ale problem polegał na tym, że przemyślenia Florence mogłyby nie spodobać się jego organizatorom. Poglądy uzdrowicielki ściągały wprawdzie ku rejonom, które wielu czystokrwistym nie przypadłyby do gustu, jednak rzadko była w nich bardzo radykalna. Tak jak teraz, oscylowała gdzieś… można powiedzieć, że w okolicach centrum, trochę ściągając na lewo. Skupiała się na konkretnych rzeczach. Nie czuła potrzeby zbawiania całego świata. I doskonale znała swoje miejsce w życiu oraz otaczającej ją rzeczywistości.
– Też im współczuję. Im i ich rodzinom. Narodziny charłaka to tragedia, bo nigdy nie będzie w pełni należał ani do świata swoich rodziców, ani do świata mugoli, skoro wie, co kryje się za zasłoną – powiedziała z powagą. – Ale co mielibyśmy zrobić w tym braku obojętności, mój drogi? Zadbać o to, aby łatwiej było im wejść na Pokątną, gdzie znajdą różdżki, z których i tak nie skorzystają, składniki do eliksirów, których przyrządzanie wymaga niemal zawsze zaklęcia, magiczne przedmioty, których nie potrafiliby ukryć przed mugolami? Jeśli czarodzieje zaczęliby palić charłaków na stosach, maszerowałabym w ich obronie, ale nikt nie da im tego, czego pragną teraz.
Bo pragnęli czuć się u siebie w świecie magii, a jej nie posiadali. W oczach Florence nie mieli szans się tu odnaleźć. Było to straszne: straszne dorastać do pewnego wieku, czekając na pierwszą różdżkę, na Hogwart, obcować z magią na każdym kroku… a potem nagle odkryć, że żadnego listu nie będzie, żadnej różdżki, żadnej wymarzonej pracy. I wtedy mieli już tylko dwie ścieżki. Zawsze polegać na swojej rodzinie albo spróbować ułożyć sobie życie tam, w mugolskim świecie.
Zasługiwali na życie.
Ale tutaj nie mogli się odnaleźć. Przynajmniej jej zdaniem.
A czy zasługiwał na nie Prewett? Oczywiście. Pomijając już, że Florence chyba bardzo niewielu osobom byłaby skłonna tego prawa odmawiać, to on dla niej zawsze miał pozostać wrażliwym chłopcem, skrzywdzonym przez los, czasem trochę złośliwym, trochę nadmiernie chętnym do manipulacji, ale inteligentnym i obdarzonym dobrym sercem. A podobno to ono było najważniejsze.
Jej oczy rozszerzyły się nieco z zaskoczenia, kiedy Laurent nagle spytał, czy może ją uczesać, a potem uśmiechnęła się mimowolnie. Kuzyn wciąż potrafił czasem zaskoczyć Florence – a niekiedy, niby zrzędliwa starsza pani, którą jeszcze się nie stała, sądziła, że już nikt nie zaskoczy jej niczym. Nie doszukiwała się tym razem żadnych podstępów i też dlatego nie próbowała nawet szukać w jego intencjach i planach jakichś niecnych poczynań.
– Wyglądam aż tak źle? – spytała żartobliwie, chociaż ta nieidealna fryzura drażniła ją trochę, bo Bulstrode miała nadmierne skłonności do perfekcjonizmu. – Możesz, ale najpierw pokaż te żebra – zarządziła, znów unosząc różdżkę, by znów wycelować ją w niego, wyszeptać zaklęcie, a jeżeli siniak byłby za wielki, aby to wystarczyło – zarządzić i tutaj aplikację maści.
Bulstrode przypatrywała się mu z uwagą i pewnym namysłem. Bo Marsz Charłaków faktycznie osiągnął jeden ze swoich celów: zmusił ją i pewnie wielu innych, do tej pory niezbyt zainteresowanych losem takich osób, wolących zapominać o ich istnieniu, do rozważań.
Ale problem polegał na tym, że przemyślenia Florence mogłyby nie spodobać się jego organizatorom. Poglądy uzdrowicielki ściągały wprawdzie ku rejonom, które wielu czystokrwistym nie przypadłyby do gustu, jednak rzadko była w nich bardzo radykalna. Tak jak teraz, oscylowała gdzieś… można powiedzieć, że w okolicach centrum, trochę ściągając na lewo. Skupiała się na konkretnych rzeczach. Nie czuła potrzeby zbawiania całego świata. I doskonale znała swoje miejsce w życiu oraz otaczającej ją rzeczywistości.
– Też im współczuję. Im i ich rodzinom. Narodziny charłaka to tragedia, bo nigdy nie będzie w pełni należał ani do świata swoich rodziców, ani do świata mugoli, skoro wie, co kryje się za zasłoną – powiedziała z powagą. – Ale co mielibyśmy zrobić w tym braku obojętności, mój drogi? Zadbać o to, aby łatwiej było im wejść na Pokątną, gdzie znajdą różdżki, z których i tak nie skorzystają, składniki do eliksirów, których przyrządzanie wymaga niemal zawsze zaklęcia, magiczne przedmioty, których nie potrafiliby ukryć przed mugolami? Jeśli czarodzieje zaczęliby palić charłaków na stosach, maszerowałabym w ich obronie, ale nikt nie da im tego, czego pragną teraz.
Bo pragnęli czuć się u siebie w świecie magii, a jej nie posiadali. W oczach Florence nie mieli szans się tu odnaleźć. Było to straszne: straszne dorastać do pewnego wieku, czekając na pierwszą różdżkę, na Hogwart, obcować z magią na każdym kroku… a potem nagle odkryć, że żadnego listu nie będzie, żadnej różdżki, żadnej wymarzonej pracy. I wtedy mieli już tylko dwie ścieżki. Zawsze polegać na swojej rodzinie albo spróbować ułożyć sobie życie tam, w mugolskim świecie.
Zasługiwali na życie.
Ale tutaj nie mogli się odnaleźć. Przynajmniej jej zdaniem.
A czy zasługiwał na nie Prewett? Oczywiście. Pomijając już, że Florence chyba bardzo niewielu osobom byłaby skłonna tego prawa odmawiać, to on dla niej zawsze miał pozostać wrażliwym chłopcem, skrzywdzonym przez los, czasem trochę złośliwym, trochę nadmiernie chętnym do manipulacji, ale inteligentnym i obdarzonym dobrym sercem. A podobno to ono było najważniejsze.
Jej oczy rozszerzyły się nieco z zaskoczenia, kiedy Laurent nagle spytał, czy może ją uczesać, a potem uśmiechnęła się mimowolnie. Kuzyn wciąż potrafił czasem zaskoczyć Florence – a niekiedy, niby zrzędliwa starsza pani, którą jeszcze się nie stała, sądziła, że już nikt nie zaskoczy jej niczym. Nie doszukiwała się tym razem żadnych podstępów i też dlatego nie próbowała nawet szukać w jego intencjach i planach jakichś niecnych poczynań.
– Wyglądam aż tak źle? – spytała żartobliwie, chociaż ta nieidealna fryzura drażniła ją trochę, bo Bulstrode miała nadmierne skłonności do perfekcjonizmu. – Możesz, ale najpierw pokaż te żebra – zarządziła, znów unosząc różdżkę, by znów wycelować ją w niego, wyszeptać zaklęcie, a jeżeli siniak byłby za wielki, aby to wystarczyło – zarządzić i tutaj aplikację maści.