03.08.2023, 19:38 ✶
Florence nie była magipsychiatrą, ale na Akademii Munga miała pewne podstawowe zajęcia. Poza tym napatrzyła się na swoje młodsze kuzynostwo, na braci, na pacjentów. Spoglądała na nich, na to co robili, a czasem i na to, co planowali. I na tej podstawie zapewne powiedziałaby, że z Laurentem nic nie było „nie tak”. Miał za to pewne problemy. Wynikające z chęci zaimponowania ojcu, udowodnienia, że jest dostatecznie dobrym Prewettem. Być może pewien kompleks niższości wobec siostry – ta mogła być uroczą kobietą, mogła go kochać i on mógł kochać ją. Ale wciąż, była tą „prawowitą” córką, a gdy Florence na nią spoglądała, czasem miała wrażenie, że wszystko przychodzi jej z taką łatwością, gdy Laurent pewnie czuł, że o wszystko musi walczyć. Dodać do tego wspomnienie śmierci matki, ambiwalentne stosunki z macochą, a kto wie, czy w tej blond czuprynie nie mieszkały jakieś myśli związane z tym, że zrodził się ze związku selkie i człowieka?
Jej zdaniem wystarczało to, aby odnalezienie się niekoniecznie było proste. Nawet jeżeli nie rozumiała tego w pełni, bo akurat ona z określeniem swojego miejsca nigdy nie miała problemów.
– Jestem pewna, że nawet jeśli nie zmieniłeś w ten sposób całego świata, zmieniłeś świat dla nich – powiedziała po prostu.
Zmarszczyła lekko brwi na widok żeber Laurenta. Nie podobał się jej ani ten siniak – czy tego chłopaka omal nie zadeptano? Zimno się jej robiło na samą myśl… - ani to, że wyraźnie schudł. A nigdy nie był przy kości.
Chyba zamiast tej herbaty, powinna przygotować mu kolację.
– Jeżeli cię to dręczy, jesteś dużo lepszą osobą ode mnie, mój drogi – stwierdziła, bo sama owszem, współczuła im, rozumiała ich tragedię, ale na pewno nie spędzała jej snu z powiek myśl o tym, że nie może zmienić ich losu. – Nie zdołasz zbawić wszystkich. Nikt nie zdoła. Jeśli czujesz, że robisz za mało, wybierz jeden cel i skup się na nim. Inaczej będziesz tylko niepotrzebnie się zadręczał – poradziła. Czy była to dobra rada? Może nie. Florence jednak szczerze wierzyła, że ma rację (inna sprawa, że Bulstrode ogółem przywykła uważać, że ma rację, nawet w tych sytuacjach, gdy absolutnie jej nie miała, ot należała do uparciuchów).
Uśmiechnęła się z odrobiną zadowolenia, kiedy siniak zaczął blednąć.
– Masz może ochotę coś zjeść? – zaproponowała, opuszczając różdżkę. Wprawdzie sama była wgetarianką, ale miała całkiem smaczną sałatkę, trochę jajek, obrzuconych specjalnym zaklęciem wychładzającym, by przypadkiem się nie zepsuły, a gdyby Laurent domagał się mięsa, to i to znalazłoby się przy Horyzontalnej. W końcu jej bracia nie byli zbyt chętni do jedzenia wyłącznie zieleniny. – A może wolisz mi powiedzieć, co spotkało cię na marszu? – spytała, przekrzywiając lekko głowę i obserwując z uwagą. Ale nie, nie zamierzała nalegać, jeżeli młody Prewett uznał, że jednak woli o tym nie mówić. Florence obawiała się jednak, że mogło nie chodzić tylko o to, że ktoś go przewrócił czy uderzył uciekając. Czy zobaczył tam coś, co tak nim wstrząsnęło, że zdawał się obwiniać za wszystkie nieszczęścia, jakie spadały na charłaków?
Jej zdaniem wystarczało to, aby odnalezienie się niekoniecznie było proste. Nawet jeżeli nie rozumiała tego w pełni, bo akurat ona z określeniem swojego miejsca nigdy nie miała problemów.
– Jestem pewna, że nawet jeśli nie zmieniłeś w ten sposób całego świata, zmieniłeś świat dla nich – powiedziała po prostu.
Zmarszczyła lekko brwi na widok żeber Laurenta. Nie podobał się jej ani ten siniak – czy tego chłopaka omal nie zadeptano? Zimno się jej robiło na samą myśl… - ani to, że wyraźnie schudł. A nigdy nie był przy kości.
Chyba zamiast tej herbaty, powinna przygotować mu kolację.
– Jeżeli cię to dręczy, jesteś dużo lepszą osobą ode mnie, mój drogi – stwierdziła, bo sama owszem, współczuła im, rozumiała ich tragedię, ale na pewno nie spędzała jej snu z powiek myśl o tym, że nie może zmienić ich losu. – Nie zdołasz zbawić wszystkich. Nikt nie zdoła. Jeśli czujesz, że robisz za mało, wybierz jeden cel i skup się na nim. Inaczej będziesz tylko niepotrzebnie się zadręczał – poradziła. Czy była to dobra rada? Może nie. Florence jednak szczerze wierzyła, że ma rację (inna sprawa, że Bulstrode ogółem przywykła uważać, że ma rację, nawet w tych sytuacjach, gdy absolutnie jej nie miała, ot należała do uparciuchów).
Uśmiechnęła się z odrobiną zadowolenia, kiedy siniak zaczął blednąć.
– Masz może ochotę coś zjeść? – zaproponowała, opuszczając różdżkę. Wprawdzie sama była wgetarianką, ale miała całkiem smaczną sałatkę, trochę jajek, obrzuconych specjalnym zaklęciem wychładzającym, by przypadkiem się nie zepsuły, a gdyby Laurent domagał się mięsa, to i to znalazłoby się przy Horyzontalnej. W końcu jej bracia nie byli zbyt chętni do jedzenia wyłącznie zieleniny. – A może wolisz mi powiedzieć, co spotkało cię na marszu? – spytała, przekrzywiając lekko głowę i obserwując z uwagą. Ale nie, nie zamierzała nalegać, jeżeli młody Prewett uznał, że jednak woli o tym nie mówić. Florence obawiała się jednak, że mogło nie chodzić tylko o to, że ktoś go przewrócił czy uderzył uciekając. Czy zobaczył tam coś, co tak nim wstrząsnęło, że zdawał się obwiniać za wszystkie nieszczęścia, jakie spadały na charłaków?