03.08.2023, 21:42 ✶
Wszyscy mówili pięknie. Słuchała uważnie, zastanawiając się nad życiem i przemijaniem. Wielu ludzi wciąż tak bardzo bało się chwytać szczęścia we własne dłonie, a przecież śmierć mogła ich zamknąć w objęciach w każdej chwili. Pandora poczuła, jak palce zaciskają się na wiązance, kilka kolców wbiło się w palce, ale zdawała się nie zwracać na to uwagi. Atmosfera panująca w kaplicy, ciche szlochy, słowa wzniosłe i świadczące o tym, że dobry człowiek został zabrany z tego świata zbyt wcześnie.. Jak poradzą sobie Danielle i Lucy? Brązowe ślepia kolejny raz wzniosły spojrzenie na plecy przyjaciółki, poczuła nieprzyjemny chłód i mimowolnie przystąpiła z nogi na nogę, jakby miało to ją rozgrzać. Ciemne pasmo opadło na twarz, uciekło z eleganckiego upięcia już wcześniej, ale ruchy głowy dziewczyny, ciągle wprawiały go w ruch. Znów spojrzała na człowieka i jego uśmiech zamknięty w obrazie, a potem znów na urnę, która była tym, co z tego pozostało. Oczywiście zawsze były wspomnienia, czyny osoby i dobre uczynki mogły sprawić, że te żyły wiecznie. Nie było to jednak zbyt dobre pocieszenie. Zwilżyła wargi, zaschło jej w gardle i trochę zapiekły ją oczy, ale nie płakała. Tylko czas mógł cokolwiek tu pomóc, żadne przytulenie i żadne słowa nie mogły ukoić bólu, zagłuszyć tęsknoty. Znów poczuła chłód na ramionach i karku, a miała przecież narzucony na ramiona płaszcz, który na majową pogodę powinien wystarczyć. Odprowadziła Erika wzrokiem, potem patrzyła na Lucy i zerknęła w stronę Brenny. Longbottomowie zawsze wydawali się jej taką zgraną, szczęśliwą oraz gotową skoczyć za sobą w ogień rodziną, że tragedia ta wydawała się przez to jeszcze gorsza. Na szczęście nie byli sami, każda z osób zgromadzonych w kaplicy chciała dla nich jak najlepiej, a obecność miała, chociaż w maleńkim stopniu dodać otuchy.