04.08.2023, 09:59 ✶
Czy Florence była mądra? O to zapewne można by się kłócić. Na pewno była odpowiedzialna. Mogło to wynikać po części z tego, że była swego czasu dzieckiem, które z jednej strony patrzyło na odpowiedzialnego ojca, a z drugiej – na absolutnie nieodpowiedzialną (jej zdaniem przynajmniej) matkę. Mogło z faktu, że była jedną z najstarszych w swoim pokoleniu, z obu stron rodziny, i Prewettów, i Bulstrodów. Zawsze otoczona młodszymi braćmi i kuzynostwem, odruchowo wchodziła w rolę tej, która opatrzy rozbite kolano, wyjaśni, że nie wolno wyrywać piór latającym koniom z rodzinnej hodowli i zapobiegnie katastrofie pod postacią wpadnięcia w wielki tort na urodzinach nestora rodu.
Uśmiechnęła się mimowolnie, bo uśmiech Laurenta był po prostu zaraźliwy. Sprytny Ślizgon pewnie wykorzystywał to od czasu do czasu, ale podejrzewała, że tym razem uśmiechał się absolutnie szczerze. I trochę ją to cieszyło, bo miała dziwne wrażenie, że zniósł ten dzień znacznie gorzej od niej – mimo, że w dniu wolnym odbyła niespodziewany, czterogodzinny dyżur w szpitalu. A przecież też kochała tego chłopaka. I drobne gesty, pod postacią tego szalika – bo lubiła ładne, dobrej jakości rzeczy, a nie lubiła różnych zapychaczy chwytających kurz -
- Tak. To mój sposób. Na życie, ale i pewnie pomaganie. I przy okazji realizację własnych ambicji – odparła bez oporów. Florence nie miała żadnych problemów z przyznaniem, że lubi pracę w szpitalu, że zawsze – już w Hogwarcie – wiedziała, co będzie robić, że chce pomagać, ale i że w tym wszystkim dużą rolę odgrywają ambicje. To, że chciała mieć odpowiednią pozycję, chciała mieć wpływ na szpital, chciała być postrzegana jako specjalista. Może nigdy nie pchała się w światła reflektorów, ale nie miała natury szarej myszki.
– Nie opowiadaj bzdur, Laurent – skarciła go lekko, kiedy zaczął ją przepraszać. Znowu. Jej zdaniem Prewett miał nadmierne skłonności do przepraszania. No doprawdy, w takich chwilach nie dowierzała, że był absolwentem Slytherinu. Wyduszenie przeprosin z jej brata, też Ślizgona, równało się niemalże cudowi, a tutaj? – To oczywiste. New Forest to w pewnym sensie projekt twojego życia.
Dla niej takim projektem była własna kariera w Mungu. A pomagania zwierzętom wcale nie uważała za mniej ważne niż ludziom. Wprawdzie nie nadawała się specjalnie do prowadzenia hodowli osobiście, bo nadmierne przywiązanie do porządku nieco kłóciłoby się z zajmowaniem stadem zwierzaków. Ale lubiła je. Czasem bardziej niż ludzi. Nie bez powodów nie włączała mięsa do swoich posiłków.
– Dobrze, w takim razie najpierw grzebień, potem kolacja. Poczekaj chwilę – poprosiła, bo rzecz jasna ktoś tak pedantyczny jak ona, nie mógł trzymać grzebania w kuchni. Wróciła moment później i wręczyła mu szczotkę. To zresztą też świadczyło o tym, jak ogromnie była przywiązana do Laurenta, bo normalnie jej koki i warkocze były absolutnie idealnie, więc pozwolenie, aby ktoś inny doprowadził jej fryzurę do porządku, stanowiło u Florence wyraz najwyższej sympatii.
Z jej ust wyrwało się westchnienie, kiedy podjął swoją opowieść. Tak, kręcąc się na miejscu po marszu, miała okazję obserwować efekty zamieszek. Paradoksalnie, osób, które zostały ranne w wyniku rzucania zaklęć, było stosunkowo niewiele. Znacznie więcej obrażeń okazało się efektem paniki. Przewracania się, wpadania na siebie nawzajem. Uczestnicy marszu, uczestnicy kontrmarszu, przypadkowi przychodnie.
Tak mało brakowało, aby Prewett też skończył zadeptany. Coś mogło stać się Atreusowi – coś poważniejszego niż te obrażenia, które wyleczyła, ledwo dotarł do szpitala. A Seraphina? Florence znów stanęła przed oczyma jej sukienka, ubrudzona krwią.
Ani Laurent, ani Prewettówna, nie powinni nigdy znaleźć się w tym miejscu. Oglądać takich rzeczy. Ona i jej brat w pewnym sensie przywykli.
– Wpadli w panikę, Laurent. To nie tak, że to ich nie obchodziło. Nie byli w stanie o tym myśleć. A nawet gdyby ktoś próbował pomóc wstać tym, którzy upadli, nie zdołałby, bo inni, nie rozumiejący, że ktoś się przewrócił, napierali. Przykro mi, że musiałeś to oglądać – wymruczała. Nie, nie obwiniała spanikowanego tłumu, za to była jak najbardziej skłonna obwiniać organizatorów kontrdemonstracji. Na co im to było? Tylko ściągnęli większą uwagę na charłaków, na pewno nie udało im się w żaden sposób im zaszkodzić, a w tym całym zamieszaniu ucierpieli przecież także czarodzieje czystej krwi. Nie mówiąc o tym, ile roboty teraz miał Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów oraz szpital.
Fanatycy, westchnęła w myślach, ale nie chciała o tym rozmawiać z Laurentem. Chłopak był już dostatecznie przygnębiony.
Uśmiechnęła się mimowolnie, bo uśmiech Laurenta był po prostu zaraźliwy. Sprytny Ślizgon pewnie wykorzystywał to od czasu do czasu, ale podejrzewała, że tym razem uśmiechał się absolutnie szczerze. I trochę ją to cieszyło, bo miała dziwne wrażenie, że zniósł ten dzień znacznie gorzej od niej – mimo, że w dniu wolnym odbyła niespodziewany, czterogodzinny dyżur w szpitalu. A przecież też kochała tego chłopaka. I drobne gesty, pod postacią tego szalika – bo lubiła ładne, dobrej jakości rzeczy, a nie lubiła różnych zapychaczy chwytających kurz -
- Tak. To mój sposób. Na życie, ale i pewnie pomaganie. I przy okazji realizację własnych ambicji – odparła bez oporów. Florence nie miała żadnych problemów z przyznaniem, że lubi pracę w szpitalu, że zawsze – już w Hogwarcie – wiedziała, co będzie robić, że chce pomagać, ale i że w tym wszystkim dużą rolę odgrywają ambicje. To, że chciała mieć odpowiednią pozycję, chciała mieć wpływ na szpital, chciała być postrzegana jako specjalista. Może nigdy nie pchała się w światła reflektorów, ale nie miała natury szarej myszki.
– Nie opowiadaj bzdur, Laurent – skarciła go lekko, kiedy zaczął ją przepraszać. Znowu. Jej zdaniem Prewett miał nadmierne skłonności do przepraszania. No doprawdy, w takich chwilach nie dowierzała, że był absolwentem Slytherinu. Wyduszenie przeprosin z jej brata, też Ślizgona, równało się niemalże cudowi, a tutaj? – To oczywiste. New Forest to w pewnym sensie projekt twojego życia.
Dla niej takim projektem była własna kariera w Mungu. A pomagania zwierzętom wcale nie uważała za mniej ważne niż ludziom. Wprawdzie nie nadawała się specjalnie do prowadzenia hodowli osobiście, bo nadmierne przywiązanie do porządku nieco kłóciłoby się z zajmowaniem stadem zwierzaków. Ale lubiła je. Czasem bardziej niż ludzi. Nie bez powodów nie włączała mięsa do swoich posiłków.
– Dobrze, w takim razie najpierw grzebień, potem kolacja. Poczekaj chwilę – poprosiła, bo rzecz jasna ktoś tak pedantyczny jak ona, nie mógł trzymać grzebania w kuchni. Wróciła moment później i wręczyła mu szczotkę. To zresztą też świadczyło o tym, jak ogromnie była przywiązana do Laurenta, bo normalnie jej koki i warkocze były absolutnie idealnie, więc pozwolenie, aby ktoś inny doprowadził jej fryzurę do porządku, stanowiło u Florence wyraz najwyższej sympatii.
Z jej ust wyrwało się westchnienie, kiedy podjął swoją opowieść. Tak, kręcąc się na miejscu po marszu, miała okazję obserwować efekty zamieszek. Paradoksalnie, osób, które zostały ranne w wyniku rzucania zaklęć, było stosunkowo niewiele. Znacznie więcej obrażeń okazało się efektem paniki. Przewracania się, wpadania na siebie nawzajem. Uczestnicy marszu, uczestnicy kontrmarszu, przypadkowi przychodnie.
Tak mało brakowało, aby Prewett też skończył zadeptany. Coś mogło stać się Atreusowi – coś poważniejszego niż te obrażenia, które wyleczyła, ledwo dotarł do szpitala. A Seraphina? Florence znów stanęła przed oczyma jej sukienka, ubrudzona krwią.
Ani Laurent, ani Prewettówna, nie powinni nigdy znaleźć się w tym miejscu. Oglądać takich rzeczy. Ona i jej brat w pewnym sensie przywykli.
– Wpadli w panikę, Laurent. To nie tak, że to ich nie obchodziło. Nie byli w stanie o tym myśleć. A nawet gdyby ktoś próbował pomóc wstać tym, którzy upadli, nie zdołałby, bo inni, nie rozumiejący, że ktoś się przewrócił, napierali. Przykro mi, że musiałeś to oglądać – wymruczała. Nie, nie obwiniała spanikowanego tłumu, za to była jak najbardziej skłonna obwiniać organizatorów kontrdemonstracji. Na co im to było? Tylko ściągnęli większą uwagę na charłaków, na pewno nie udało im się w żaden sposób im zaszkodzić, a w tym całym zamieszaniu ucierpieli przecież także czarodzieje czystej krwi. Nie mówiąc o tym, ile roboty teraz miał Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów oraz szpital.
Fanatycy, westchnęła w myślach, ale nie chciała o tym rozmawiać z Laurentem. Chłopak był już dostatecznie przygnębiony.