- Rozumiem, tak tylko głupio, że nie złożyłam jeszcze kondolencji. - Jak najbardziej rozumiała to, że rodzina Longbottom podjeła decyzję o tym, żeby ceremonia była kameralna. Zważając na to, co ostatnio działo się na świecie. Cóż, nie mieli pojęcia, czy ktoś, kto nie stoi obok nich nie służy Czarnemu Dzbanowi. Uzasadniona więc była ostrożność. - Nie wiemy, kto go wspiera tak naprawdę. - Okropnie ją to irytowało, sama myśl, że może to być ktoś z jej otoczenia... Musieli dokładnie weryfikować swoje znajomości, dbać o to, z kim się zadawali. Ostrożność była wskazana w tym czasie.
- Wiesz, bywało lepiej, ale nie mogę narzekać. Wyliżę się, jak zawsze. - Odparła z uśmiechem, bo czuła, że jeszcze trochę i faktycznie wróci do pełni sił. Rehabilitacja przynosiła zamierzone efekty. - Jestem pod naprawdę świetną opieką. - Cameron dbał o nią jeszcze bardziej niż zwykle, więc szybko dochodziła do zdrowia. Wiedziała, że musi poświęcić czas, żeby faktycznie wszystko działało jak dawniej. Musiała dbać o to, żeby jej ciało nie zawiodło jej, kiedy znowu będzie w tarapatach. Od tego mogło zależeć jej życie, dlatego też przykładała się do wszystkich ćwiczeń, jakie zalecano jej wykonywać. Pojawiała się w Mungu codziennie, punktualnie, a do tego w domu wykonywała dodatkowe zadania, które sama sobie narzucała.
- Ta wichura... - Odetchnęła głęboko, przypomniał jej się wiatr, który targał nią niczym kukłą tej pamiętnej nocy. Żywioł był przerażający, nie do powstrzymania. - To było coś okropnego. Straszna jest myśl, że z żywiołem nie masz żadnych szans. - Jeszcze śmierciożerców mogli pokonać, mogli zdać się na swoje umiejętności, z wiatrem było zupełnie inaczej - pozostawało się chować i uciekać, o ile w ogóle był na to czas.
- Kurde, jak widać jestem przewidywalna. - Udała zmartwioną, jednak był to tylko żart z jej strony, może nie do końca stosowny patrząc na sytuację... ale miała nawet nie najgorszy humor.
- Zdajesz sobie sprawę, że ryzko powoduje tylko to, że chętniej w to wejdę? - Brenna poznała już Rudą na tyle, że mogła wiedzieć, że zawsze chętnie igra z ogniem. Uwielbiała niebezpieczeństwo i adrenalinę jaką to ze sobą niosło. - Moja rodzina i przed tym była celem. - Nie było to dla niej nic nowego, przecież już zaatakowali ich sklep, zginęła tam nawet pani Smith, która była dla niej jak babcia. - Umiem grać drużynowo, zawsze słucham kapitana. - Dodała jeszcze, przyrównała to trochę do drużyny quidditcha, chociaż Zakon liczył pewnie więcej członków. Teraz jednak dowiedziała się, że Albus Dumbledore jest dowodzącym, w sumie nie dziwiło jej to. Był potężnym czarodziejem, idealny człowiek do takiej pozycji. - Nie ma samowolki, jest to dla mnie jasne. - Wiadomo, że sytuacje mogą być różne, ale nie zamierzała się wychylać, musiała jedynie wykonywać rozkazy.