Zakładała, że wszystko co padnie przy Lockharcie może zostać wykorzystane i opublikowane – również te niewinne rozmowy. Wzmianka o tym, że cały dzień byli w kiepskiej kondycji na tym etapie nie była żadną tajemnicą ani ujmą, bo minęło trochę czasu i wrócili już do pełni sił, dlatego Victoria nie wzbraniała się by o tym rozmawiać.
- To był mój ostatni rok, faktycznie to nie byłam ja – ale Darcy oczywiście już to wiedział, ale brunetka potwierdziła tę informację.
To prawda, miała czas – ale głównie do tego, żeby jakoś się oswoić z myślami i faktami, żeby poukładać sobie w głowie to co się wydarzyło i jakoś odnaleźć w chronologii. O Śmierciozercach każdy wiedział, opisywanie ich okropności niczego by nie zmieniło, prócz dodania makabreski tej opowieści, ale prawdę mówiąc… Victorię ominęła niemal cała "zabawa" na polanie i bezpośrednie starcie z poplecznikami Czarnego Pana, więc nie było sensu się na nich nawet skupiać. Musiałaby bardzo wymyślać.
- Tak, w kilku miejscach, ale przyznam szczerze, że nie wiem kto był z kim i co dokładnie robił. Na cały sabat moją partnerką była Mavelle, to akurat dość naturalne, że w całym chaosie się odnalazłyśmy, bo obie szłyśmy na miejsce zbiórki. Patricka widziałam wcześniej z Erickiem, Atreusa chyba z Brenną, ale naprawdę nie wiem jak się ludzie zgrupowali kiedy nastąpił atak – miała wtedy na głowie inne rzeczy, niż zastanawianie się kto jest gdzie. Wiedziała, że w walkach brali udział też szefowa biura Harper Moody i Alastor Moody, ale nie chciała rzucać ich nazwiskami nie mając pewności, ze Darcy już o tym wie. Wiedziała też, że na służbie był wtedy Derwin Longbottom… zginął tam przecież tragicznie. Natomiast Victoria nie zamierzała tego mówić, z szacunku do jego rodziny. Nawet nie poinformowano wszystkich kiedy i gdzie odbędzie się jego pogrzeb, uznała więc, że należy uszanować wolę Longbottomów i zachować to dla siebie. - Później stało się dużo rzeczy. Chcieliśmy zająć się rozpraszaniem magii kolejnych świateł i wtedy się na chwilę rozdzieliliśmy. Mavelle pobiegła przodem, a ja i Patrick… cóż, byliśmy świadkami jak dwójka Śmierciożerców ucieka w popłochu – Victoria zastanawiała się, jak ująć ten fragment. Bo wtedy w jednej chwili działo się tak dużo, że opowiedzieć to dobrze i nie iść na skróty było… niełatwą sztuką. A przynajmniej tak jej się wydawało. - Na moment rozproszyli fragment ognia, przedostali się na zewnątrz. Chcieliśmy ich zatrzymać, ale oni w ogóle nie zwracali na nas uwagi, i zaraz zresztą zrozumieliśmy dlaczego. Znikąd pojawił się wielki ziemny żywiołak blisko rytualnych ognisk, za linią czarnego ognia i ewidentnie to on ich przegonił. Byli skupieni na nim, nie na nas. Problem w tym, że żywiołak atakował ich i nas również zaczął. Spętaliśmy ich, ale sami musieliśmy się ratować przed zmiażdżeniem, żywiołak był wściekły. Nie mam pojęcia kto go stworzył, ale w tym chaosie z przykrością muszę przyznać, że tamta dwójka po prostu nam uciekła. To nie była równa walka, a Mavelle była w tym wszystkim sama. Teleportacja nie działała, gonitwa za uciekinierami nie wchodziła w grę, nie kiedy żywiołak ciskał kamieniami, dziwne światła świeciły, a zostawianie kogoś w pojedynkę było proszeniem się o straty – czy nie tak zginął Derwin? Został sam, bo jego parter uciekł przerażony. - Na szczęście udało nam się spotkać z Mavelle. I wtedy zdecydowaliśmy się przedostać do ognisk – a dokładniej – wejść w ogniska. Ale tego fragmentu nie zamierzała mówić. - Jasne było, że czarny ogień nie powstał tam dla ozdoby, że jest tam coś ważnego dla Śmierciożerców – skwitowała i sięgnęła po swoją filiżankę herbaty, by się jej napić.