04.08.2023, 22:04 ✶
– Robią różne paskudne sztuczki i nie chcą się dobrze sumować.
Brenna, wbrew pozorom, miała całkiem analityczny umysł. Potrafiła liczyć i potrafiła radzić sobie z rachunkami. Ale ta cała numerologia ją irytowała, zdawała się zupełnie niepotrzebna, jakoś te wszystkie obrazki pośród liczb się jej mieszały, a już szyfrowanie, o zgrozo!
– Szczygieł mówisz? W porządku. Mogę być szczygłem – zgodziła się Brenna bez oporów, zadzierając głowę, kiedy wskazał w górę i obserwując ptaki, fruwające nad ich głowami i skaczące pośród gałęzi. Po prawdzie Brenna zapewne orzekałby też, że może być papuga, sową, gąsienicą, mrówką, a nawet termitem. Miała całkiem sporo wad, ale przewrażliwienie na własnym punkcie raczej się do nich nie zaliczało.
Próby sprowokowania zarzucając brak odwagi działały pewnie na większość Gryfonów. Na Brennę akurat nie. Jeżeli coś robiła, to zwykle dlatego, że chciała albo prosił ją o to ktoś inny – nigdy dlatego, że starano się ją do tego zachęcić. Jeżeli jednak chodziło o ten konkretny pomysł… Zatrzymała się i obróciła ku Delacourowi, a nawet pochyliła ku niemu z taką miną, jakby miała zamiar powiedzieć coś bardzo istotnego.
– A to już Kayden… będzie mój sekret. Przecież ci się nie przyznam, jeśli planuję takie skandaliczne naruszenie szkolnego regulaminu, prawda? – szepnęła konspiracyjnie, nim się odwróciła i bardzo energicznie, niemalże w podskokach, dopadła do najbliższego drzewa, by porzyklęknąć tam i zacząć przyglądać się roślinkom, które kwiaty miały białe, ale liście to chyba bardziej szare niż srebrne…
Manipulacja, pstryczek w nos, wyścig szczurów… słuchała go wbrew pozorom całkiem uważnie, kiedy poddawała oględzinom zielska, i wybierała te, które trafiały do koszyka. Milczała trochę dłużej niż wcześniej głównie dlatego, że przetwarzała jego słowa. Bo myśli tego typu raczej Brennie nigdy do głowy nie przychodziły.
– Ale wiesz, że ja chcę medal za bycie paplą? – przypomniała w końcu tylko z uśmiechem, znów wstając z klęczek. W koszyku miała kilka kolejnych ziółek. – Myślę, że to taki słaby pstryczek. Patrzcie, Brenna ma medal za to, że gada, bądźcie jak Brenna, gadajcie jeszcze więcej… Właściwie to nie jestem pewna, czy ludzie są gotowi na więcej osób, które tak gadają jak ja – stwierdziła z zastanowieniem. Nie, nigdy jej nie zależało na pochwałach. No dobrze, może tych dziadkowych, ale to było coś zupełnie innego. Nie brała, przynajmniej we własnym mniemaniu, udziału w wyścigu szczurów. Poza tym, tak naprawdę, rodzina miała wobec niej stosunkowo nieduże oczekiwania. Przyzwoite oceny – co wcale nie oznaczało samych wybitnych czy nawet powyżej oczekiwań, nie bycie chuliganem, pamiętanie o tym, co słuszne i postaranie się, aby zanadto nie zepsuć opinii całej rodzinie. Wprawdzie papa wyznaczył ścieżkę synowi i dziedzicowi, ale jeżeli szło o córkę, prawdopodobnie zaakceptowałby niemal wszystko, co by wymyśliła – może poza dołączeniem do cyrku. (Na szczęście nie musiał się tym martwić. Konsultacje zawodowe Brenny rok temu trwały równo trzy minuty, bo wkroczyła do sali opiekunki roku, poinformowała, że ma zamiar zostać Brygadzistką, wie, jakie przedmioty wybrać i nie jest chętna do omawiania innych opcji.)
– To byłby ciekawy wyznacznik przynależności do Domu. „Trafisz do Gryffindoru, jeżeli lubisz sprzątać” – stwierdziła lekko. – I czemu ja mam je wąchać? Ani myślę.
O tym, że on byłby ewentualnie zapewne odporny – nie miała pojęcia.
– Eeee tam. Tereny centaurów są głębiej w las, teraz idziemy wzdłuż linii lasu… chociaż masz trochę racji, bo podobno w Zakazanym naprawdę mieszkają wielkie akromantule. Nie chciałabym wejść do ich gniazda. Może naprawdę wysłali nas tutaj z nadzieję, że zostaniemy zeżarci? Mogę jeszcze zrozumieć, że chcieli pozbyć się mnie, ale ciebie? Czym im aż tak podpadłeś? – spytała, rozglądając się za kwiatkami. Albo nie zauważyła, albo niezbyt dbała o to, że głównie to zbierała je ona. Za to na słowa o Nicku, parsknęła cichym, krótkim, ale szczerym śmiechem. – No tak – przyznała, ale zaraz wiedziona solidarnością domową dodała. – Ale wasza Dama za to ciągle chodzi i zawodzi. A Krwawy Baron? Podzwania łańcuchami. Hej, może on tak zginął, był tu uczniem i zapomnieli go wypuścić po szlabanie…
Brenna, wbrew pozorom, miała całkiem analityczny umysł. Potrafiła liczyć i potrafiła radzić sobie z rachunkami. Ale ta cała numerologia ją irytowała, zdawała się zupełnie niepotrzebna, jakoś te wszystkie obrazki pośród liczb się jej mieszały, a już szyfrowanie, o zgrozo!
– Szczygieł mówisz? W porządku. Mogę być szczygłem – zgodziła się Brenna bez oporów, zadzierając głowę, kiedy wskazał w górę i obserwując ptaki, fruwające nad ich głowami i skaczące pośród gałęzi. Po prawdzie Brenna zapewne orzekałby też, że może być papuga, sową, gąsienicą, mrówką, a nawet termitem. Miała całkiem sporo wad, ale przewrażliwienie na własnym punkcie raczej się do nich nie zaliczało.
Próby sprowokowania zarzucając brak odwagi działały pewnie na większość Gryfonów. Na Brennę akurat nie. Jeżeli coś robiła, to zwykle dlatego, że chciała albo prosił ją o to ktoś inny – nigdy dlatego, że starano się ją do tego zachęcić. Jeżeli jednak chodziło o ten konkretny pomysł… Zatrzymała się i obróciła ku Delacourowi, a nawet pochyliła ku niemu z taką miną, jakby miała zamiar powiedzieć coś bardzo istotnego.
– A to już Kayden… będzie mój sekret. Przecież ci się nie przyznam, jeśli planuję takie skandaliczne naruszenie szkolnego regulaminu, prawda? – szepnęła konspiracyjnie, nim się odwróciła i bardzo energicznie, niemalże w podskokach, dopadła do najbliższego drzewa, by porzyklęknąć tam i zacząć przyglądać się roślinkom, które kwiaty miały białe, ale liście to chyba bardziej szare niż srebrne…
Manipulacja, pstryczek w nos, wyścig szczurów… słuchała go wbrew pozorom całkiem uważnie, kiedy poddawała oględzinom zielska, i wybierała te, które trafiały do koszyka. Milczała trochę dłużej niż wcześniej głównie dlatego, że przetwarzała jego słowa. Bo myśli tego typu raczej Brennie nigdy do głowy nie przychodziły.
– Ale wiesz, że ja chcę medal za bycie paplą? – przypomniała w końcu tylko z uśmiechem, znów wstając z klęczek. W koszyku miała kilka kolejnych ziółek. – Myślę, że to taki słaby pstryczek. Patrzcie, Brenna ma medal za to, że gada, bądźcie jak Brenna, gadajcie jeszcze więcej… Właściwie to nie jestem pewna, czy ludzie są gotowi na więcej osób, które tak gadają jak ja – stwierdziła z zastanowieniem. Nie, nigdy jej nie zależało na pochwałach. No dobrze, może tych dziadkowych, ale to było coś zupełnie innego. Nie brała, przynajmniej we własnym mniemaniu, udziału w wyścigu szczurów. Poza tym, tak naprawdę, rodzina miała wobec niej stosunkowo nieduże oczekiwania. Przyzwoite oceny – co wcale nie oznaczało samych wybitnych czy nawet powyżej oczekiwań, nie bycie chuliganem, pamiętanie o tym, co słuszne i postaranie się, aby zanadto nie zepsuć opinii całej rodzinie. Wprawdzie papa wyznaczył ścieżkę synowi i dziedzicowi, ale jeżeli szło o córkę, prawdopodobnie zaakceptowałby niemal wszystko, co by wymyśliła – może poza dołączeniem do cyrku. (Na szczęście nie musiał się tym martwić. Konsultacje zawodowe Brenny rok temu trwały równo trzy minuty, bo wkroczyła do sali opiekunki roku, poinformowała, że ma zamiar zostać Brygadzistką, wie, jakie przedmioty wybrać i nie jest chętna do omawiania innych opcji.)
– To byłby ciekawy wyznacznik przynależności do Domu. „Trafisz do Gryffindoru, jeżeli lubisz sprzątać” – stwierdziła lekko. – I czemu ja mam je wąchać? Ani myślę.
O tym, że on byłby ewentualnie zapewne odporny – nie miała pojęcia.
– Eeee tam. Tereny centaurów są głębiej w las, teraz idziemy wzdłuż linii lasu… chociaż masz trochę racji, bo podobno w Zakazanym naprawdę mieszkają wielkie akromantule. Nie chciałabym wejść do ich gniazda. Może naprawdę wysłali nas tutaj z nadzieję, że zostaniemy zeżarci? Mogę jeszcze zrozumieć, że chcieli pozbyć się mnie, ale ciebie? Czym im aż tak podpadłeś? – spytała, rozglądając się za kwiatkami. Albo nie zauważyła, albo niezbyt dbała o to, że głównie to zbierała je ona. Za to na słowa o Nicku, parsknęła cichym, krótkim, ale szczerym śmiechem. – No tak – przyznała, ale zaraz wiedziona solidarnością domową dodała. – Ale wasza Dama za to ciągle chodzi i zawodzi. A Krwawy Baron? Podzwania łańcuchami. Hej, może on tak zginął, był tu uczniem i zapomnieli go wypuścić po szlabanie…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.