Od wydarzeń Beltane minęły trzy tygodnie, to było mocne wydarzenie, które wstrząsnęło Anglią. Victoria wierzyła, że każdy już wyrobił sobie na ten temat swoje zdanie, swoją opinię – ta jej, przy snuciu opowieści, przedstawiania faktów z jej punktu widzenia, nie była zupełnie potrzebna. Była pracownikiem Ministerstwa i tak większość osób założyłaby, że jej opinia jest albo wymuszona przez pracę, albo uznaliby, że żadnych innych słów nie spodziewali się po aurorce.
- Tak, tak, dokładnie. Nie patrzył kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem. Działał tak, jakby jego jedynym celem istnienia było przegonić wszystkich… - wyjaśniła, bo najwyraźniej nie było to wystarczająco jasne w jej opowieści. Nic dziwnego – mogła być trochę chaotyczna, w końcu w kilku słowach opisywała wiele wydarzeń mające miejsce w krótkim odstępie czasu. To rzeczywiście wszystko brzmiało nieprawdopodobnie. I takie skondensowane… Victoria naprawdę momentami była zdumiona, że w ogóle żyła, by móc to wszystko opowiedzieć dalej. Nie wątpiła, że to będzie sensacyjne dla ludzi – bo to, że wiedzieli jaki był skutek wichury to jedno. Ale to, że mogli przeczytać jaki kocioł tam był, jak bardzo wszyscy byli zaskoczeni (Victoria na pewno była…), jak bardzo próbowali się odnaleźć w sytuacji i walczyć z przeciwnikami… - Skąd się wziął… Na to nie znam odpowiedzi. Chyba wszyscy byli po równo zdziwieni, i Śmierciożercy i my. Nie wiem czy to Macmillanowie. Prawdę mówiąc, gdybym musiała spekulować, biorąc pod uwagę, że byliśmy na sabacie ku czci Matki, może to był jej obrońca? – fakt, że pojawił się akurat przy rytualnych ogniskach, że bronił ich… teraz już wiedziała przed czym… to wydawało się najbardziej logicznym wyjaśnieniem. Chociaż może też najbardziej nieprawdopodobnym. Ale Victoria była skłonna w to akurat uwierzyć.
Victoria zamilkła na chwilę, nie patrząc teraz na Darcyego, tylko gdzieś… gdzieś wyżej, na jakiś regał, może szafkę. Zbliżali się do najtrudniejszego fragmentu tej historii.
- Rozproszyliśmy jeszcze jedno światło, to do którego przodem pobiegła Mavelle. A potem pobiegliśmy wprost w kierunku żywiołaka… czarny ogień był znacznie mniejszy, kiedy się zbliżyliśmy, trochę jakby zaczynał się dopalać, albo zaklęcie przestawało działać. Żywiołak był wtedy chyba zajęty już kim innym, bo nie zwrócił na nas nadmiernej uwagi. Za czarnym ogniem… Nie było niczego specjalnego. Tylko żywiołak i rytualne ogniska. – Victoria lekko zacisnęła palce dłoni, splecione teraz ze sobą. Nie miała planu mówić, że wiedzieli, że ognisko to portal i że wiedzieli to od niej. Przez nią. Że widziała trójkę Śmierciożerców i Voldemorta wcześniej – to było zbyt newralgiczne, lepiej żeby świat czarodziejów o tym nie wiedział, tym bardziej, że sama nie rozumiała co to w ogóle znaczy. Uznała, że… Lepiej opisać to znacznie neutralnie. - To jest ten moment historii, w którym wszystko zaczyna się robić dziwne. Zbliżyliśmy się do ognisk pewni, że musi tam być coś ważnego dla Śmierciożerców. A w następnej chwili już spadaliśmy. To był jak krok nad przepaścią, kiedy nagle tracisz grunt pod stopami i jedyne co możesz zrobić, to spadać. Wokół tylko pustka, cisza i wieczność – przypomnienie sobie tego wszystkiego, uczuć z tym związanych… Jedno to przeżywać to w głowie, a drugie to opowiadać o tym. - Wpadliśmy do wody, pamiętam, że przez kilka sekund nic nie mogłam zrobić nim się wynurzyłam. Wokół nie było żadnych ognisk, nie było żywiołaka, nie było ludzi. Nie było wrzasków, nie było świstu zaklęć. Nie było Polany Ognisk. Był las. Przepiękny – Victoria niemal się uśmiechnęła, kochała kwiaty, kochała rośliny. A tamten las… To była Knieja, ale jednocześnie to nie była Knieja. - Wielkie piękne drzewa, zapach mchu… Bujne rośliny... Była noc. I w tym wszystkim ścieżka martwej trawy, martwych roślin. Jakby przeszedł tamtędy ktoś, od kogo cuchnęło śmiercią tak, że wszelkie życie umierało. Poszliśmy tamtędy - prosto na spotkanie Śmierci. Dopiero teraz, gdy o tym opowiadała, z perspektywy, wiedziała jakie to było kurewsko prawdziwe, ze szli na spotkanie śmierci.