Nic nigdy nie mogło być proste, prawda? Nawet jeśli człowiek chce uciec od problemów, to te zawsze znajdą sposób, aby ponownie znaleźć się u jego boku. W tym wypadku w nieco innej formie. Wprawdzie w ruinach nie objawili się Śmierciożercy i nie porwała nikogo wichura, jednak... wylądowali w jakiejś piwnicy. Prawie jak w domu, pomyślał z przekąsem. Zupełnie jak w Ministerstwie Magii. Niech z sufitu zaczną spadać dekrety, to będzie się czuł, jakby nigdy nie opuścił stolicy.
— Żyję, ale co to za życie? — zasępił się Sebastian, podnosząc się z podłogi. Otrzepał się z kurzu. Dobrze, że nie wpadł na ten durny pomysł, żeby ubrać się na biało, bo wyglądałby, jakby przed chwilą wyszedł z kopalni węgla. — Nie spadliśmy, prawda? Coś na tu ściągnęło z góry?
Zmrużył oczy, gdy Lumos w wykonaniu Cathala rozświetliło ciemny korytarz. Jego wzrok automatycznie powędrował na przód. Droga... Nie była zachęcająca. Dalej pewnie nie będzie lepiej, skoro wioska nie była w dobrym stanie. Wszelkie struktury, które znalazły się pod ziemią, stanowiły potencjalne niebezpieczeństwo. O ile nie będą ostrożni. A przecież zazwyczaj byli, więc w czym problem, prawda? Hehe... He... He.
— Zazwyczaj jestem wzywany, gdy Cathal już upora się z tym etapem wykopalisk — przyznał, posyłając Rookwoodowi pocieszające spojrzenie. — To coś nowego.
Zakaszlał pod wpływem kurzu, który znalazł się w powietrzu. Zaczął machać przed twarzą rękoma, starając się stłumić atak kaszlu i kichania.
— Nie jest to zbyt poręczne — stwierdził, obserwując Ulyssesa, który zmagał się z rozpaleniem pochodni.
Chociaż trudno było zaprzeczyć, że pochodnie były bardziej efektowne, tak różdżki zdaniem Sebastiana wygrywały kompletnie to starcie. Wystarczyło tylko wymierzyć czubek magicznego patyka w odpowiednim kierunku i pyk, stawało się światło. Pochodnie zdecydowanie były cięższe, co zresztą przekonało mężczyznę do tego, aby nie iść w ślady kolegi i dalej oświetlać drogę przy pomocy magii.