Matka Victorii chyba już przestała zwracać uwagę na Sauriela. W ciągu ostatniego miesiąca był w posiadłości tak często i robił zamieszanie, a jej córka dotąd go nie wyrzuciła za drzwi, że z umiarkowanym zainteresowaniem oglądała „kłótnię” ze skrzatką, a potem tylko wymruczała „dobry wieczór”. Takie były fakt: sama go wybrała i chociaż nadepnął jej już na odcisk, to w tym wszystkim przecież nie chodziło o Sauriela czy Victorię… a przynajmniej częściowo nie o nich bo jednak człowiek uczył się na błędach i Isabella nie zamierzała drugi raz popełniać tych samych i te zaręczyny wyglądały zupełnie inaczej niż poprzednie. Biorąc pod uwagę, że młodzi się dogadywali… tym razem zrobili to dobrze, pani Lestrange gratulowała sobie w duchu… I wróciła do czytania swojej książki, chociaż uznała, ze może jednak pora przenieść się do sypialni…
Nieważne.
Victoria siedziała w pięknej, białej, koronkowej koszuli nocnej i właśnie notowała wspomnienia dzisiejszego dnia w swoim pamiętniku. Odkąd rozpoczął się jej problem ze wspomnieniami, z podejrzeniem, że być może widzi wspomnienia swojej babci, naprawdę zaczęła wszystko spisywać – by nic jej nie umknęło. Żaden dzień, żadna ważniejsza myśli. Skrzatka Strzałka pojawiła się w jej pokoju z trzaskiem i była całkiem spanikowana, kiedy szybko mówiła, że Sauriel jest, idzie i nie zdążyła go zatrzymać i że przeprasza strasznie, że wymierzy sobie karę… Victoria musiała złapać piąstkę elfika, by ta nie zaczęła okładać się po głowie, w końcu spróbuj zatrzymać Sauriela… Zresztą słyszała jego ciężkie kroki na schodach.
- Nic nie szkodzi – powiedziała Strzałce. - Nic się nie stało – dodała zaraz szybko i porwała z oparcia krzesła ciemnozielony satynowy szlafrok. Właśnie pospiesznie zawiązywała go w pasie, kiedy drzwi jej pokoju się otwarły i wpadł przez nie Rookwood.
Victorio. Victoria uniosła wyżej brwi, bo żeby tak ją nazywał to chyba jeszcze nie słyszała. Zwykle zwracał się do niej albo bezosobowo, albo zdrabniał jej imię do Tori, albo Viki. Strzałka skuliła się i schowała za nogami brunetki. Jej ciemne włosy, rozczesane do spania, spływały teraz rozpuszczone na jej ramiona i plecy. Sama zaś Victoria wodziła wzrokiem za wampirem.
- Saurielu – odpowiedziała mu w tym samym tonie – chociaż nie było w niej entuzjazmu, ani tej energii, którą tryskał on. - Jaki lek – nie rozumiała co on jej tutaj pierdzieli. Lek na co? Kto był chory? Patrzyła na niego teraz sceptycznie, kiedy mało brakowało a obijałby się jak piłka od ścian i mebli, tak go nosiło. - Uspokój się i siadaj, nie pali się chyba – pod jedną ze ścian stał okrągły stolik z ażurowym obrusikiem i fotel, obok tego stojąca lampa. Było też łóżko. No i toaletka, która została przez Victorię chwilowo potraktowana jako biurko, gdzie jeszcze przed momentem siedziała Victoria. Ale wzięła od niego tę gazetę i zerknęła najpierw na tytuł artykułu, potem na numer strony, potem na Sauriela, jakby go coś strzeliło…
- Ty tak serio? Przecież to nie jest żadna choroba i na pewno nie ma tu nic o leku. Czytałam to rano – było to za to potwierdzenie, że to jednak sprawka rytuału z Beltana… Sprawka miłej zabawy… To było Beltane, a nie jej wina tego, że weszła do Limbo i z niego wyszła. Była to pewna ulga… Ale tylko pewnego rodzaju.