06.08.2023, 13:29 ✶
Panna Macmillan nie miała okazji znaleźć się w Limbie. Nie miała nawet okazji ujrzeć wielkiego wiru, który wyrósł znikąd, otoczył ogniska, a później wybuchł niszczycielską siłą, rujnując okolicę i pozostawiając za sobą falę... Rzeczy kompletnie niezrozumiałych. Ojciec zabrał ją stamtąd na czas, czego nie mogła wybaczyć mu do tej pory, nawet jeżeli w obliczu takich wydarzeń czekała ją tam najpewniej śmierć. Mimo tego, jej ostatnie dni były wypełnione tematem zaświatów w każdy możliwy sposób. Dotknięcie zimnego ciała Atreusa Bulstrode'a wystarczyło, żeby utonęła w tym niemal całkowicie.
Siedziała w pokoju, w którym wyprawiano pomniejsze rytuały i czytała kolejne strony opasłej księgi. Była piekielnie nudna i zawierała dziesiątki... nie! Setki informacji, które już posiadała, ale nie mogła się przecież poddać - płynęła do przodu, chociaż litery rozmazywały jej się już w oczach. Głośno westchnęła, po czym wstała z miejsca i zaczęła szukać po szafkach czegokolwiek, co mogłoby ją pobudzić. Agatha podniosła wzrok znad swojej książki i posłała Sarze spojrzenie. Jedno z tych, które sugerowały, że próbuje popełnić olbrzymi błąd. Macmillan stanęła więc w bezruchu, czekała na cokolwiek, co kuzynka chciała jej przekazać. Po dobrej minucie bezczynności stwierdziła, że ma dosyć, więc zrobiła krok w stronę drzwi.
- Nie bierz nic - odezwała się wreszcie - bo ktoś dzisiaj do ciebie przyjdzie.
- Mhm - odpowiedziała jej Sarah inteligentnie, po czym wyszła z pomieszczenia. - Dzięki - dorzuciła, jeszcze zanim trzasnęła drzwiami. Podskoczyła od tego dźwięku, bo wcale nie chciała trzaskać drzwiami... To zazdrość nimi trzasnęła. Zazdrość o to, że niesamowite umiejętności Agathy były kolejną pozycją z bardzo długiej listy „co potrafią moje niesamowicie uzdolnione kuzynki”, a ona potrafiła jedynie nie obgryzać paznokci, kiedy słyszała znowu w głowie jakieś demoniczne podszepty. Życie było niesprawiedliwe. Powinna się już chyba z tym pogodzić? Nie, z czymś takim nie da się pogodzić, człowiek staje się tylko coraz bardziej zgorzkniały.
Agatha oczywiście miała rację. Kiedy tylko znalazła się w hallu, dostrzegła w nim obcą osobę. Obcą, w takim rozumieniu, że się osobiście nie znały (chociaż możliwe, że to było jakieś niedopatrzenie wszechświata - przez same znajomości ich ścieżki powinny przeciąć się już kilkakrotnie), ale na pewno nie w takim, że Sarah nie wiedziała, kim jest ta kobieta. To była Victoria Lestrange, wskazywana przez gazety jako jedna z tych pracownic Ministerstwa, które ucierpiały podczas Beltane. Ba, jej nazwisko wymieniono tuż obok nazwiska Atreusa.
- W imieniu Matki, któh'a czuwa nad nami wszystkimi, witam cię w Whitech'oft, córh'ko Księżyca.
Sarah złożyła dłonie i ukłoniła się kobiecie, po czym zamilkła. Zrozumiała już na tym etapie, co miała na myśli Agatha. Mówiąc, że ktoś „przyjdzie do niej”, chodziło jej zapewne o to, że ta osoba wyda jej się wyjątkowo interesująca. Nie chciała, aby to było dosłowne. Czy mogła jej jakoś pomóc? Gdzieś ją skierować?
Siedziała w pokoju, w którym wyprawiano pomniejsze rytuały i czytała kolejne strony opasłej księgi. Była piekielnie nudna i zawierała dziesiątki... nie! Setki informacji, które już posiadała, ale nie mogła się przecież poddać - płynęła do przodu, chociaż litery rozmazywały jej się już w oczach. Głośno westchnęła, po czym wstała z miejsca i zaczęła szukać po szafkach czegokolwiek, co mogłoby ją pobudzić. Agatha podniosła wzrok znad swojej książki i posłała Sarze spojrzenie. Jedno z tych, które sugerowały, że próbuje popełnić olbrzymi błąd. Macmillan stanęła więc w bezruchu, czekała na cokolwiek, co kuzynka chciała jej przekazać. Po dobrej minucie bezczynności stwierdziła, że ma dosyć, więc zrobiła krok w stronę drzwi.
- Nie bierz nic - odezwała się wreszcie - bo ktoś dzisiaj do ciebie przyjdzie.
- Mhm - odpowiedziała jej Sarah inteligentnie, po czym wyszła z pomieszczenia. - Dzięki - dorzuciła, jeszcze zanim trzasnęła drzwiami. Podskoczyła od tego dźwięku, bo wcale nie chciała trzaskać drzwiami... To zazdrość nimi trzasnęła. Zazdrość o to, że niesamowite umiejętności Agathy były kolejną pozycją z bardzo długiej listy „co potrafią moje niesamowicie uzdolnione kuzynki”, a ona potrafiła jedynie nie obgryzać paznokci, kiedy słyszała znowu w głowie jakieś demoniczne podszepty. Życie było niesprawiedliwe. Powinna się już chyba z tym pogodzić? Nie, z czymś takim nie da się pogodzić, człowiek staje się tylko coraz bardziej zgorzkniały.
Agatha oczywiście miała rację. Kiedy tylko znalazła się w hallu, dostrzegła w nim obcą osobę. Obcą, w takim rozumieniu, że się osobiście nie znały (chociaż możliwe, że to było jakieś niedopatrzenie wszechświata - przez same znajomości ich ścieżki powinny przeciąć się już kilkakrotnie), ale na pewno nie w takim, że Sarah nie wiedziała, kim jest ta kobieta. To była Victoria Lestrange, wskazywana przez gazety jako jedna z tych pracownic Ministerstwa, które ucierpiały podczas Beltane. Ba, jej nazwisko wymieniono tuż obok nazwiska Atreusa.
- W imieniu Matki, któh'a czuwa nad nami wszystkimi, witam cię w Whitech'oft, córh'ko Księżyca.
Sarah złożyła dłonie i ukłoniła się kobiecie, po czym zamilkła. Zrozumiała już na tym etapie, co miała na myśli Agatha. Mówiąc, że ktoś „przyjdzie do niej”, chodziło jej zapewne o to, że ta osoba wyda jej się wyjątkowo interesująca. Nie chciała, aby to było dosłowne. Czy mogła jej jakoś pomóc? Gdzieś ją skierować?
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.