Walka z Voldemortem… to nie była nawet żadna walka. On robił coś, starali mu się przeszkodzić – coś udało się zrobić, ale co, i ile – tego sama nie była pewna. Nie wiedziała nawet na ile ich zaklęcia były w stanie wpływać na Voldemorta i jego przydupasa. Zdecydowanie lepiej było o tym nie rozmawiać. Spekulacje na pewno nie byłyby Ministerstwu na rękę.
- Tak. Ale jestem pewna, że jego poplecznicy też będą czytać o tym, co pan napisze. Bardzo nierozważne by było odkrywać tutaj swoje karty – był z trójką innych osób. Dwójka… zachowywała się jakby byli niespełna rozumu, ale jeden – atakował ich. O tym też wolała nie mówić. Im mniej wie druga strona, tym trudniej jej przeciwdziałać. Victoria nie maila złudzeń – była pewna, że jego poplecznicy pracowali w Ministerstwie. Kto wie, może nawet w Biurze Aurorów… jedyne czego była pewna, to to, że osoby, które były tam z nią, na pewno go nie popierały. Jeśli więc nie rozniesie się ile wiedzą to i jego kumple też nie będą mieli pewności.
- Jak się wydostaliśmy… – powtórzyła za nim i na moment przymknęła oczy. - Ostatnie co pamiętam z pobytu tam, to to, że zostaliśmy sami w czwórkę. Że byliśmy okropnie zmęczeni. Rozmawialiśmy ze sobą i… chyba straciłam przytomność. Chyba wszyscy ją straciliśmy, nagle. Później był już tylko ból. Okropny ból, taki który znowu trwał wieczność, jak wtedy, gdy spadaliśmy… tylko że teraz nie było uczucia spadania. Tylko ten ból. Rozlewający się na całe ciało. Później otworzyłam oczy i nic nie widziałam. Słyszałam głosy, ale nie widziałam, ledwo mogłam się ruszyć. I było mi tak strasznie, strasznie zimno… To było już w szpitalu polowym – wyjaśniła i uśmiechnęła się do Lockharta nieco smutno. Nie wiedziała wtedy, że musieli ją ściągać z jakiegoś drzewa, że była praktycznie martwa. Że byli nieprzytomni prawie całą noc i kawałek dnia. Że na polanie była wichura, która przetoczyła się przez całą Dolinę…