Nie trzymała tej gazety tak, że nie można jej było zabrać z rąk Victorii. Zresztą Sauriel zrobił to tak prędko, że zaraz gazetka była już w jego rękach, ale to nie przeszkodziło kobiecie w podparciu się o stolik, by podkreślić swoje zdanie na ten temat.
- Jestem racjonalna, nie krytyczna! – odburknęła mu, kiedy on tak wstał i się odsunął, jakby jej obecność, bliskość, była jakąś przeszkodą. Do tej pory nie była, nagle teraz – a i owszem. - To co tam przeczytałeś, to są jakieś wymysły kogoś, kogo interesują tylko pieniądze, nie ludzka krzywda. A co gdyby tylko pogorszyła sprawę, hm? Pomyślałeś o tym? – klątwa… Lek. Prawie ją głowa rozbolała, bo Sauriel faktycznie wszystko mieszał. Victoria się na tym nie znała, nie wiedziała, czy to klątwa, czy można ją ściągnąć. Na pewno nie była to choroba, więc co tutaj mówić o lekach. Przyczepiła się, bo sam stwierdził, że się tej kobiety ZAPYTA. - Póki co jedyne czego jestem pewna to to, że to faktycznie był ten rytuał. Długi czas bałam się, że to po prostu moja wina. Że byłam w Limbo – ale dzisiaj rano, przy porannej gazecie, jej wątpliwości się rozwiały. Nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle – po prostu fakt był taki, że to nie kwestia wizyty w… tam.
- Myślę, że jeśli ktoś znajdzie na to rozwiązanie, to nie będzie się ogłaszać w gazetach. Bo nie dokopie się do tego oszołom tylko specjalista w swojej dziedzinie, oni nie potrzebują reklamy – przypomniała mu, bo wyglądało, jakby o tym zapomniał. - Jeśli to nie tylko my, to znaczy, że ludzie mają problem, tak. A skoro tak, to ktoś będzie szukać rozwiązania… A przede wszystkim szukając go, nie trzeba będzie każdemu opisywać tego od zera, tu masz rację – nie nastawiała się do tego tak entuzjastycznie, bo o tym wcześniej po prostu nie myślała. Przeczytała artykuł, skupiła się w tym na sobie… nie przeanalizowała wszystkiego. Dopiero teraz, kiedy Rookwood wpadł tutaj taki… entuzjastyczny, z jakimś stekiem bzdur… Miał trochę racji. Ale tylko trochę. - Co ty taki nabuzowany? – zapytała w końcu.