- No, słucham. Mówiłeś, że się tej baby zapytasz – kto jak kto, ale Victoria zawsze słuchała go bardzo uważnie, nie pozwalała mu peplać, by samej myśleć o niebieskich migdałach. Może niektórzy tak robili, jeśli druga strona miała tendencję do gadania – dużej ilości, bzdur i nie bzdur, ale akurat Lestrange całkiem serio podchodziła do swoich znajomości i jeśli ktoś był w jej życiu ważny, no to… Starała się słuchać. A nie wyłączać się, gdy ktoś mówił. - Dla mnie nie było. Widziałeś jakie dziwne rzeczy się działy, skąd miałam mieć pewność? – mało o tym rozmawiali do tej pory, więc.. jak mogła rozwiać swoje wątpliwości, mając do dyspozycji tylko swoją głowę i swoje doświadczenia? Prawdą było jednak, że to święto było trochę… Trochę niewypałem. Ale sprawiło, że Victoria z pewnością uwierzyła w Matkę. W jej istnienie. W Limbo. W… w życie po śmierci, że tak się wyrażę. Ale sabat nie był całkowitą porażką. Samo splecenie wianka, zabawa, taniec z Saurielem… to były miłe elementy, pomimo tego co stało się później i pomimo tego, jak to ich dotknęło. - Skąd mieliśmy wiedzieć, że tak będzie, nigdy wcześniej nic takiego nie miało miejsca – mruknęła jeszcze. - Myślę, że to akurat… Że to może mieć coś wspólnego z Voldemortem – i znowu – skąd miała wiedzieć? To był kolejny temat, o którym prawie nie mówiła. Temat, który totalnie ominęła w wywiadzie, jaki dała. Ale prawda była taka, że Voldemort był w Limbo i próbował coś zrobić. Coś zrobił. Zachwiał cykl? Może Matka w ten sposób chciała coś pokazać? Albo zachwiał równowagę i coś poszło nie tak wbrew woli kogokolwiek?
- To nie był temat, który mocno mi zaprzątał głowę. Wierz lub nie, ale mam znacznie większe problemy niż to – dlatego była taka spokojna. I być może nie tryskała entuzjazmem, żeby później nie zawieść się, jeśli okazałoby się, że nic z tego. To dopiero byłoby smutne.- Chcę, Sauriel, chcę – westchnęła. Oczywiście, że wolałaby… nie czuć tego dziwnego przyciągania – choć teraz nie było już tak mocne jak na początku maja. Może po prostu się przyzwyczaiła. Ale nader wszystko to uczucie groźby… Oczywiście, że męczyło. Oczywiście, że przeszkadzało. - Gdzie chodziłeś? Może to był zły kierunek? – nie chciała wyjść na niewdzięczną, skoro się oboje… uspokoili, to starała się chociaż tak przydać, w końcu ostatni miesiąc… no w ogóle nie przyczyniła się do tego, żeby pozbyć się dziadostwa. Ale tak jak mówiła: to było jej najmniejsze zmartwienie w całej liście trosk. - Spokojniej spała… - jej dłonie automatycznie uniosły się i złapały za gardło w taki sposób, że końce palców miała na karku. Jakby chciała zakryć w ten sposób ślady, siniaki – nie było ich już, ale dwa tygodnie temu zdobiły jej szyję niczym biżuteria. Przełknęła ślinę. Od tamtej pamiętnej nocy trudno było mówić o tym, by Victoria miała jakąkolwiek łatwość w zasypianiu. Nie. Było jeszcze gorzej niż wcześniej.
Nietrudno było zauważyć, że Sauriel nie patrzy jej w twarz, w oczy, tylko jego wzrok błądzi gdzieś… niżej. W jej dekolcie, bo przecież nie była pozakrywana pod szyję, nie kiedy tak pospiesznie zakładała ten cieniutki szlafrok – ten nie miał dawać ciepła, zresztą nic go nie dawało, miał tylko sprawić, by prezentowała się nieco bardziej… godnie. Odrobinkę. Ale no cholera, było widać gdzie się gapi.
- Co ładnie? – ona akurat patrzyła na jego twarz, widziała więc ruch oczu i że w końcu je poderwał tak jak wypadało.