07.08.2023, 10:16 ✶
- Trudno powiedzieć co się właściwie stało… na pewno nic nie stało się świadomie, bo też nie do końca zdawałam sobie sprawę gdzie w ogóle jesteśmy. Nie wiem czy to było jakieś przejście, czy się zamknęło, czy po prostu jako, że nie należeliśmy do tamtego miejsca, to nasze… hmm… dusze zostały wypchnięte. To są tylko moje domysły. Nie mam niestety wiedzy w tym zakresie – "doprecyzowała", czy raczej odpowiedziała na jego pytanie. Wydawało jej się, że Darcy wyczuwał jak bardzo jest to namieszane i wziął na barki trudność tematu. Nie oczekiwał chyba pełnego wykładu na ten temat, a jeśli tak to musiał się udać do specjalisty, którym ona na pewno nie była. Wizytę w kowenie miała umówioną na jutro.
Pozwoliłaby mu na te pytania tak czy tak, nawet się nie zdziwiła, gdy po grzecznościowej formułce Lockhart zaczął od razu mówić.
- Byli tam. Wyszli z ognia i zwrócili się do nas bezpośrednio. Chcieli… cóż. Chcieli żebyśmy tam zostali – nie chciała mówić ilu tych umarłych było, kim byli – dla niej i jej towarzyszy było to bardzo personalne i zamierzała to tak zostawić. Również nie chciała przytaczać dokładnych słów, bo te… sprawiały że człowiek naprawdę rozumiał dlaczego niektórzy tak obsesyjnie poszukiwali nieśmiertelności. - Nie byli wrogo nastawieni, nie atakowali, nic z tych rzeczy – dodała też po chwili namysłu, uświadamiając sobie, że można to było odebrać w ten sposób. - Wiem, że to nie były jakieś przypadkowe widziadła, bo kogoś z nich rozpoznałam – uściśliła jeszcze. Że ich złapali, że wtedy stało się coś dziwnego – tego sama nie rozumiała, więc o czym tu mówić. Że nosiła teraz czyjeś wspomnienia i traciła rozum? Absolutnie nie chciała tego mówić publice.
- Zmieniło się – potwierdziła. - Odkąd się obudziłam, jest mi ciągle zimno. Na początku myśleliśmy że jest to jakieś wychłodzenie organizmu ze względu na spędzenie kilku godzin w nocy na ziemi, potem na tym drzewie, nieprzytomni. Ale niestety to wrażenie nie mija. Próbowałam już chyba wszystkiego, ogrzewania się przy kominku, dziesięciu kocy na raz, grubych ubrań, gorącej kąpieli, zaklęć, eliksirów. Nawet łamania klątwy, ale to wszystko jest na nic. Nie ma sposobu, żeby się ogrzać. Kiedy wychodzę na słońce… ono też nie jest w stanie mnie ogrzać. Przez kilka dni po prostu trzęsłam się z zimna, teraz już się przyzwyczaiłam. Ludzie mówią, że jesteśmy zimni jak trupy. Chce pan zobaczyć? – uśmiechnęła się do niego lekko, gotowa wyciągnąć do niego dłoń, by mógł jej dotknąć i poczuć to zimno. - Dlatego zaczęli nas tak nazywać jeszcze w tym namiocie szpitalnym – może to było już dla wszystkich oczywiste, a może nie. - Ale to jedyna zmiana. Poza tym wszystko jest dokładnie takie samo jak wcześniej – i znowu… nie była to do końca prawda, bo były jeszcze wspomnienia… ale fizycznie na pewno nic się nie zmieniło poza zimnem.
Pozwoliłaby mu na te pytania tak czy tak, nawet się nie zdziwiła, gdy po grzecznościowej formułce Lockhart zaczął od razu mówić.
- Byli tam. Wyszli z ognia i zwrócili się do nas bezpośrednio. Chcieli… cóż. Chcieli żebyśmy tam zostali – nie chciała mówić ilu tych umarłych było, kim byli – dla niej i jej towarzyszy było to bardzo personalne i zamierzała to tak zostawić. Również nie chciała przytaczać dokładnych słów, bo te… sprawiały że człowiek naprawdę rozumiał dlaczego niektórzy tak obsesyjnie poszukiwali nieśmiertelności. - Nie byli wrogo nastawieni, nie atakowali, nic z tych rzeczy – dodała też po chwili namysłu, uświadamiając sobie, że można to było odebrać w ten sposób. - Wiem, że to nie były jakieś przypadkowe widziadła, bo kogoś z nich rozpoznałam – uściśliła jeszcze. Że ich złapali, że wtedy stało się coś dziwnego – tego sama nie rozumiała, więc o czym tu mówić. Że nosiła teraz czyjeś wspomnienia i traciła rozum? Absolutnie nie chciała tego mówić publice.
- Zmieniło się – potwierdziła. - Odkąd się obudziłam, jest mi ciągle zimno. Na początku myśleliśmy że jest to jakieś wychłodzenie organizmu ze względu na spędzenie kilku godzin w nocy na ziemi, potem na tym drzewie, nieprzytomni. Ale niestety to wrażenie nie mija. Próbowałam już chyba wszystkiego, ogrzewania się przy kominku, dziesięciu kocy na raz, grubych ubrań, gorącej kąpieli, zaklęć, eliksirów. Nawet łamania klątwy, ale to wszystko jest na nic. Nie ma sposobu, żeby się ogrzać. Kiedy wychodzę na słońce… ono też nie jest w stanie mnie ogrzać. Przez kilka dni po prostu trzęsłam się z zimna, teraz już się przyzwyczaiłam. Ludzie mówią, że jesteśmy zimni jak trupy. Chce pan zobaczyć? – uśmiechnęła się do niego lekko, gotowa wyciągnąć do niego dłoń, by mógł jej dotknąć i poczuć to zimno. - Dlatego zaczęli nas tak nazywać jeszcze w tym namiocie szpitalnym – może to było już dla wszystkich oczywiste, a może nie. - Ale to jedyna zmiana. Poza tym wszystko jest dokładnie takie samo jak wcześniej – i znowu… nie była to do końca prawda, bo były jeszcze wspomnienia… ale fizycznie na pewno nic się nie zmieniło poza zimnem.