07.08.2023, 14:14 ✶
Prawda była taka, że sama nie wiedziała co myśleć i czuć. Bezpośrednim powodem, dla którego była w Limbo był Voldemort, bo widziała go… w wizji. I to uczucia chęci chronienia kobiety o włosach jak płomienie. Gdyby nie to… to by się pewnie obok ognisk nawet nie znalazła, nie tak blisko. A czy w ogóle wpadłaby na to, że to samo ognisko jest przejściem między światem żywych i umarłych? Raczej nie. Tam jedyne co mogła robić to poddać się wszystkiemu co się dzieje i próbować przeszkodzić Voldemortowi. A i tak miała poczucie, że zawiedli. Może błędne… ale tyle dobrego, że mogli stamtąd wyjść i opowiedzieć co się stało. Analizować wydarzenia, zbierać informacje. Wcześniej zgadzała się z częścią postulatów jakie głosil Voldemort. Nigdy nie zgadzała się natomiast z jego metodami. Teraz? Teraz już widziała, że to wszystko co gadał o wyższości czarodziejów czystej krwi nad innych to tylko takie gadanie, żeby mieć przychylność najbogatszych w tej społeczności – bo zaatakował sabat. Przelał czystą krew – nie tylko mugolską czy mugolaków. I zrobił to w najokropniejszy sposób jaki tylko się dało.
Ale najwyraźniej czarodzieje za nim idący byli ślepi. Albo przejrzeli już na oczy i za bardzo się bali?
Jeśli kamienie były dywersją to udaną, bo aurorzy się na nich skupili. Cholera, dwa z pięciu sama zgasiła. Ale czy one cokolwiek robiły? Na pewno raniły, jeden był źle położony i kogoś zranił.
- Zakłócił święto Matki, to musiało mieć jakieś konsekwencje – może źle na to patrzyła, ale było to póki co jedyne sensowne wytłumaczenie, na jakie mogła wpaść. I może niepotrzebnie to dalej tłumaczyła, Sauriel powiedział przecież, że ma to jakiś tam sens. To nie tak, że Victoria miała teraz obsesję na punkcie Limbo i Voldemorta, ale 1 maja stało się tak dużo rzeczy, które miały wpływ na czarodziejski świat, że nie umiała tego zignorować. A przynajmniej było to dostrzegalne dla niej, jako osoby, która siedziała w samym oku cyklonu.
- W szpitalu polowym poznałam medyczkę, która jest też klątwołamaczem, pracuje w Mungu – rozwinęła dalej myśl. - Wyglądała na kompetentą. Może skoro to ogólny problem a nie tylko związany ze mną, to będzie umiała pomoc? – rzuciła w zasadzie nie licząc na wiele, ale najwyraźniej doszło do tego, że robili tu jakaś maluteńką burzę muzgów.
- Co? Nie – matko kochana, co on wymyślił znowu, nic tylko się za głowę złapać. W Victorii romantyczka była niewielka, wypierana była przez chłodną analizę, logikę i rozum, ale ten malutki skrawek jaki w niej był – to ten się właśnie zarumienił. - Chodziło mi o… zastanawiałam się... co cię naszło tak nagle – bo… no po prostu słyszała to od niego raptem… raz w ramach przeprosin, no to jak to niby zrozumieć, potem raz kiedy był sponiewierany po jakimś narkotyku, to może jednak bredził no i… teraz. - Dziękuję, to miłe, naprawdę – mogła się nie odzywać. Jeszcze trochę i zapadnie się że wstydu pod ziemię, i o, teraz ten rumieniec co tak nieśmiało się pojawił, powiększył się.
Ale najwyraźniej czarodzieje za nim idący byli ślepi. Albo przejrzeli już na oczy i za bardzo się bali?
Jeśli kamienie były dywersją to udaną, bo aurorzy się na nich skupili. Cholera, dwa z pięciu sama zgasiła. Ale czy one cokolwiek robiły? Na pewno raniły, jeden był źle położony i kogoś zranił.
- Zakłócił święto Matki, to musiało mieć jakieś konsekwencje – może źle na to patrzyła, ale było to póki co jedyne sensowne wytłumaczenie, na jakie mogła wpaść. I może niepotrzebnie to dalej tłumaczyła, Sauriel powiedział przecież, że ma to jakiś tam sens. To nie tak, że Victoria miała teraz obsesję na punkcie Limbo i Voldemorta, ale 1 maja stało się tak dużo rzeczy, które miały wpływ na czarodziejski świat, że nie umiała tego zignorować. A przynajmniej było to dostrzegalne dla niej, jako osoby, która siedziała w samym oku cyklonu.
- W szpitalu polowym poznałam medyczkę, która jest też klątwołamaczem, pracuje w Mungu – rozwinęła dalej myśl. - Wyglądała na kompetentą. Może skoro to ogólny problem a nie tylko związany ze mną, to będzie umiała pomoc? – rzuciła w zasadzie nie licząc na wiele, ale najwyraźniej doszło do tego, że robili tu jakaś maluteńką burzę muzgów.
- Co? Nie – matko kochana, co on wymyślił znowu, nic tylko się za głowę złapać. W Victorii romantyczka była niewielka, wypierana była przez chłodną analizę, logikę i rozum, ale ten malutki skrawek jaki w niej był – to ten się właśnie zarumienił. - Chodziło mi o… zastanawiałam się... co cię naszło tak nagle – bo… no po prostu słyszała to od niego raptem… raz w ramach przeprosin, no to jak to niby zrozumieć, potem raz kiedy był sponiewierany po jakimś narkotyku, to może jednak bredził no i… teraz. - Dziękuję, to miłe, naprawdę – mogła się nie odzywać. Jeszcze trochę i zapadnie się że wstydu pod ziemię, i o, teraz ten rumieniec co tak nieśmiało się pojawił, powiększył się.