- Nie wiem czy bardzo – odparła. Logika zawsze górowała nad uduchowieniem, w końcu sprawy religijne były… niedostrzegalne i trudne do poznania na własnej skórze. Opierały się na wierze w to, że coś istnieje, choć nie miałeś okazji tego dotknąć. Chyba, że miałeś… Wtedy wszystko wywracało się do góry nogami. - Ale widziałam rzeczy, o których nie sądziłam, że są prawdą – nie nazwałaby tego obsesją. Bardziej… zrozumieniem. - Widziałam też Matkę. Albo przynajmniej wydaje mi się, że to była ona. Słyszałam też jej głos. To zmienia perspektywę – tego nie było w żadnym wywiadzie, nie mówiła nic o kobiecie, którą zaatakował Voldemort. Ani o jej ciele nagle porośniętym mchem. Ani o jej słowach o próbach. Miała wystarczająco dowodów by uwierzyć, że coś tam jednak jest. Że Matka to nie tylko wytwór wyobraźni.
- Mhm. Nie znam jej osobiście. W sensie… Przyszła do nas ze względu na Patricka, to jakaś jego znajoma. Chwilę się nami zajęła, ale nie rozmawiałam z nią poza tym – z czego sobie tutaj robić jaja, szukali jakiegoś rozwiązania, a skoro to nie to głupie Limbo, to można było… pójść do lekarza. - To od niego wiem, że to klątwołamaczka – wyjaśniła jeszcze, bo skoro jej zbytnio nie znała, to skąd miała wiedzieć takie rzeczy? - Mogę napisać do niej sowę i nas umówić – powiedziała po chwili, kiedy Sauriel tak dość niepewnie rzucał i umawianiu, podpytywaniu… Ale miał rację, chyba lepiej byłoby pójść razem.
Niemalże jak na terapię dla par.
Pieniądze nie grały roli dla Victorii. W ogóle mało kiedy zwracała uwagę na to, czy ją w ogóle stać, musiały to być naprawdę spore sumy, by jakkolwiek przykuły jej uwagę. Sauriel mógł więc spać spokojnie, trafiła mu się w końcu dziana loszka, brakowało jeszcze tego by zaczął ją nazywać sugar mommy.
- Po prostu prawie wcale tak nie mówisz. Dlatego się zdziwiłam – wyjaśniła w końcu i odetchnęła cicho. Mimo wszystko się uśmiechnęła, nie chciała wyjść na niewdzięczną, albo, że jej się to nie podobało.